NA KOŃCU ŚWIATA -MONDULKIRI

21.01.2008 :: 09:30 Komentuj (0)

Prowincje Mondulkiri poznałam
podczas mojego trzytygodniowego pobytu w Kambodży. Niewielu turystów
decyduje się na odwiedziny w tym dzikim, mało poznanym, najsłabiej
zaludnionym regionie, gdzie spotkać można słonia, kąpać się w licznych
wodospadach i podróżować bez końca po czerwonych, pylistych drogach.
Może i dobrze, że miejsce nie jest popularne, dzięki temu było tam tak
niesamowicie. Nie trzeba było, w odróżnieniu do Siem Reap, czy Phnom
Penh, przedzierać przez tłumy turystów. Polecam odwiedziny w tym
spokojnym zakątku Kambodży. Dodatkowo, ponieważ Sen Monotron, stolica
Mondulkiri, położone jest na wysokości 800m.n.p.m., w ciągu dnia wieje
rześki wiatr, a wieczorem jest wręcz chłodno. Pozwala to odpoczynek od
azjatyckich upałów.



Opowieść warto zacząć od opisu samej drogi. Podróżując po Kambodży
transportem publicznym należy pamiętać, że bez względu na odległość
potrwa ona cały dzień i czeka nas wiele godzin postoju (no,
może z wyjątkiem sprawnej obsługi na trasach Phnom Penh- Siem Reap,
Phnom Penh- Sihanoukville). Tak też sytuacja wygląda w drodze do Sen
Monotron – stolicy Mondulkiri. I nie jest to jedyna niespodzianka. Do
tego dzikiego zakątka Kambodży jeździ jeden przewoźnik, który lubi
płatać figle. Po kilku godzinach dość sprawnej jazdy droga asfaltową,
autobus dojeżdża do Snuola, gdzie krzyżują się drogi do Mondulkiri oraz
na północ – do Kratie i dalej do Laosu. W tym mieście autobus staje i
czekaj aż ruszy! Po trzech godzinach czekania nawet podróżujący z nami
Kambodżanie zaczęli się denerwować. Kiedy ja i mój chłopak próbujemy się dowiedzieć czegoś od
kierowcy spotykamy się ze ścianą – bariera językowa. Nikt nie mówi po
angielsku. W końcu widzimy, jak kierowca upycha bagaże i pasażerów
autobusu na jednego pikapa. Niezbyt nam się podobał ten pomysł. Nawet
nie było tam już dla nas miejsca. Krzysiek stracił cierpliwość i…
postanowił porwać autobus. Niestety, został spacyfikowany. W efekcie
spędziliśmy kolejne 5 godzin na szczycie bagażowo-ludzkiej piramidy
jadąc po pylistej, czerwonej drodze. Nie mieliśmy wtedy jeszcze kramy (duża chusta w kratę, którą Kambodżanie uzywają jako chustę na głowę, ręcznik, ubranie, nosidełko na dziecko, etc. ),
którą można obwiązać twarz, wiec po dojechaniu do Sen Monotron, byliśmy
kompletnie pokryci czerwonym kurzem, a razem z nami ubrania i plecaki.



Nawiasem mówiąc, kiedy innym razem jechaliśmy do Kratie, nasz autobus również
stanął w Snuolu, bo podobno się zepsuł. Czekaliśmy na autobus zastępczy
4 godziny.



Już pierwszej nocy poczuliśmy się wynagrodzeni za tą podróż. Za 4
dolary za noc dostaliśmy drewniany domek z łazienką. Mogliśmy odpocząć
spłukać z siebie cały rudy kurz, ochłonąć po męczącym dniu, aby rano
wyruszyć na spacer do centrum sen Monoron.

Stolica Mondulkiri jest raczej większą wioską niż mniejszym miastem.
Ciągnie się ona wzdłuż głównej drogi, która z pylistej, zamienia się w
centrum w asfaltową. Na jej obrzeżach, od strony drogi do Snuola, oraz
w centrum, znajduje się kilka ośrodków wczasowych i pensjonatów,
wszystkie o podobnym standardzie (ceny wahają się od 4 do 8 dolarów za
pokój/domek/bungalow). Idąc dalej spotkać można kilka barów, gdzie
podają pyszną, mocną kawę mrożoną (zignorowaliśmy fakt, że lód może byc dla nas niebezpieczny). W samym sercu miasta znajduje
się kilka knajpek dla turystów, gdzie można dość drogo, jak na
Kambodżę, zjeść. My pałaszujemy z przyjemnością bagietki z warzywami.
Na końcu głównej drogi, w miejscu gdzie rozwidla się ona w dwóch kierunkach, stoi dumnie rzeźba przedstawiająca dzikie, rogate bawoły –
symbol regionu.



Mondulkiri oferuje sporo sposobów na spędzenie czasu. Można za 8
dolarów (plus litr benzyny – około dolara) wynająć motor lub skuter i
włóczyć się godzinami po drogach, dotrzeć do oddalonych o kilkanaście
lub kilkadziesiąt kilometrów od miasta wodospadów, wykapać się w nich.
Niestety, spacery po lasach nie wchodzą w grę – tabliczki widoczne z
drogi, ustawione w trawie, przypominają o licznych minach, na które
można się natknąć. Krajobrazy są wystarczająco pochłaniające – piękne
wzgórza, pyliste drogi, wokół których krzewy i drzewa pokryte są
czerwienią, wysuszone sawanny, malownicze wioski i uśmiechnięci
mieszkańcy, którzy dzięki temu, że nie widzą turystów tak często,
potrafią być bezinteresownie mili. Na uśmiechach Kambodżanie nigdy nie
oszczędzają.



Do niektórych wodospadów prowadzą drogi poprzez wzgórza i tropikalną
dżunglę. Tam dojechać motorem się nie da. Wtedy warto zdecydować się na
trekking po dżungli lub przejażdżkę na łagodnym azjatyckim słoniu –
ciekawe to było przeżycie. Nikt z towarzyszących mi osób nie był znudzony ta powolną podróżą tak
bardzo jak słoń, który przystawał co chwila, by przekąsić to i owo. Po
dotarciu do wodospadu taplał się kilka godzin w błocie, aby na koniec
być wyszorowanym w wodzie przez naszych przewodników. My w
tym czasie mogliśmy się zrelaksować, wykąpać, zjeść obiad, czy
pobuszować w buszu.



Resztę czasu, przez podróżą powrotną do stolicy, spędziliśmy oglądając
te wspaniałe pagórki i wzgórza, jeziora, spacerując po okolicy i
rozkoszując się pogodą.




PHNOM PENH

21.01.2008 :: 08:00 Komentuj (0)

Przybyłam do Phnom Penh, stolicy Kambodży tuż po obchodach Nowego Roku
2008, które spędziłam w sąsiedniej Malezji. Ponieważ Kuala Lumpur, jak
również inne, mniej znane regiony Malezji rozleniwiają niespodziewanym
w Azji uporządkowaniem, przybycie na tereny byłych Indochin wprowadziło
mnie w znane już uczucie niepokoju i niespodzianki.

Pierwsze spotkanie z Kambodżą – tuż po wylądowaniu w stolicy, znalazłam
się niespodziewanie nad cichym jeziorem Boeng Kak, kilka kroków od
gwarnego centrum. Dostać się tu można taksówką, motocyklem, lub opuścić
lotnisko i na ulicy spróbować złowić tuk-tuka.

O tym każdy podróżnik marzy: aby po mĘczącej drodze odnaleźć się na
spokojnym zielonym tarasie, z którego roztacza się nostalgiczny widok
na liliowe o zmierzchu jezioro i otaczające go budynki, takie jak
monumentalny, lśniący złotem meczet. Wystarczy wsiąść na powożoną przez
jednego z małych chłopców łódkę, aby dostrzec zupełnie niespodziewaną,
niewidoczną z brzegu, wizję tego miejsca. Wśród soczystej wodnej
roślinności, w blaszanych i słomianych chatach, na wielkich palach
wbitych w taflę jeziora, mieszkają ludzie. To jest ich dom, który
niedługo ma zniknąć. Prywatni inwestorzy walczą z miastem o prawo do
wysuszenia jeziora pod budowę nowoczesnych gmaszysk.



Phnom Penh już od rana ukazuje swoje głośne pełne życia oblicze.
Przejście przez ulicę graniczy z cudem, pędzące po szerokich ulicach
miasta motocykle trąbią hałaśliwie, lecz ich ostatnią myślą jest, aby
zahamować na widok niesfornego przechodnia. Motocykle są tu panami
jezdni, one mają największe prawa.



W tym całym chaosie dostrzec można jednak uśmiech i spokój na
sąsiadujących jezdni chodnikach. Ulice, jeśli nie są, tak jak w
okolicach bazaru Psar O Russei w centrum, całkowicie zastawione przez
samochody, tętnią ulicznym handlem i stoiskami usługowymi. Tak więc
obok starszego mężczyzny o sennym obliczu, zaklejającym rowerowe dętki,
zobaczyć można młodzieńca z jego fryzjerskim kramem, uśmiechającego się
do swojego oblicza w salonowym lustrze. Tu życie naprawdę zobaczyć
można na ulicy: dzieci z zabawkami, na małych kolorowych rowerkach,
bawią się koło mamy, drzemiącej na płóciennym dywanie, tuż za rogiem
przemierzanej ciekawskimi krokami alei. Stara handlarka z pełnym
bagietek koszem na głowie spotykając klienta, stawia swój kram na
środku chodnika, by przez chwilę porozmawiać i sprzedać parę bułek.
Ludzie, aby się zdrzemnąć, rozwieszają na drzewach swoje hamaki, lub
siadają na krawężnikach, by odpocząć od niemożliwego upału. Tak musiało
być dawno temu w Europie, kiedy jej mieszkańcy mieli jeszcze czas. W
tym skromnym, biednym kraju czasu jest pod dostatkiem, ciepłych
uśmiechów do podarowania drugiemu człowiekowi – jeszcze więcej. Nawet w
Phnom Penh, jedynym wielkim mieście, czas płynie leniwie, nikomu się
nie śpieszy, a handlarze książkami, napojami, czy owocami, zawsze
znajdą chwilę, by ciekawie zapytać „Skąd jesteś?”.



Będąc w stolicy Kambodży nie sposób nie pamiętać o niewesołej, wciąż
tkwiącej w pamięci mieszkańców, historii. W latach 1975-1979 rewolucja
Pol Pota (Czerwonych Khmerów) była jedną z najbardziej brutalnych w
historii Ziemi, a w wyniku klęski głodowej, tortur, chorób i wojny
śmierć poniosło ponad milion osób. Pamięć o tych wydarzeniach prowadzi
w Phnom Penh do dwóch tak ważnych dla mieszkańców kraju miejsc: muzeum
Tuol Sleng oraz na Pola Śmierci w Choeung Ek. Tuol Sleng opowiada ze
smutkiem swoją historię. Małe i większe cele, będące niegdyś szkolnymi
klasami, stały się w czasach rewolucji salami tortur. Dziś muzeum wciąż
zbiera wszelkie dokumentacje i fotografie pozostałe po ofiarach tego
miejsca mordu.

Pola Śmierci, oddalone od Phnom Penh o kilkanaście kilometrów, to
kilkadziesiąt masowych grobów, wciąż odkopywanych. W centrum stoi
pomnik, a w nim zebrane dotąd czaszki, pogrupowane według wieku, oraz
ubrania zamordowanych. Opuszczając to miejsce, zabiera się poczucie
smutku, bezradność i przerażenie. Tragedia rewolucji wydarzyła się
niecałe 30 lat temu i zabrała czwartą część populacji ówczesnej
Kambodży.



Tym bardziej zaskakująca jest atmosfera tego pięknego miasta. Phnom
Penh coraz bardziej otwiera się na turystykę, stąd rosnąca ilość
hoteli, restauracji i sklepów, a także olbrzymia ilość miłośników,
którzy z taką ciekawością przemierzają to tętniące życiem miejsce o
ciekawej architekturze i wyjątkowych zabytkach. Każdy znajdzie tu coś
dla siebie. Srebrna Pagoda, Pałac Królewski, świątynia Wat Phnom,
rozległy kompleks przyklasztorny, zaspokoją potrzeby podróżników
żądnych historii i bogactwa architektury khmerskiej. Dla szukających
rozrywki czekają setki lokali, uroczych hoteli i restauracji położonych
tuż przy ujściu rzeki Tonle Sap do Mekongu, lub nad magicznym jeziorem
Boeng Kak. W tych właśnie okolicach każdego wieczoru budzi się barwne i
bardzo urozmaicone życie nocne, a leniwe w piekącym słońcu alejki
zamieniają się po zmroku w oddychające gwarem i zabawą miejsca, gdzie
napić się można zimnego piwa Angor, zjeść bagietkę nafaszerowaną
różnościami, porozmawiać, za kilka dolarów kupić książkę od małego
sprzedawcy lub odbyć podróż „tuktukiem” – kolorową karocą zaprzężoną w
motocykl.

Jakiegokolwiek wyboru by nie dokonać, nie będzie to czas stracony.
Nierealność tego niezwykłego świata sprawia, że czas, choć na chwilę,
staje w miejscu.






Podsumowanie:



Szczyt sezonu przypada w Kambodży na styczeń-marzec. Jeśli ktoś
poszukuje w Phnom Penh najtańszego noclegu, zdecydowanie polecam
okolice wspomnianego wyżej jeziora, gdzie za dwójkę zapłaci się już 4
dolary i to w sezonie. Aura pieknego jeziora jest dodatkowym atutem.
Radzę rozważnie wybrać guest house, jeśli szuka sie ciszy - w
niektórych od rana do...rana trwa impreza.

Nie spomniałam o trakcjach typu Pałac Królewski, Srebrna Pagoda, czy
uniwersytet buddyjski, bo o tym dowiedzieć sie można z każdego
najbardziej nawet okrojonego przewodnika

OPOWIEśCI FILIPIńSKIE-W PUłAPCE NIEDOPOWIEDZEń

12.12.2007 :: 00:00 Komentuj (0)








Czasem warto dziesięć razy zastanowić się, zanim wyruszy się
w którąś stronę. Czasem warto zapytać kilku osób, żeby mieć pewność, że wie
się, co należy zrobić i gdzie pojechać. Zwłaszcza na Filipinach, gdzie podróż w
nawet niezbyt oddalony region trwa bardzo długo, głównie z powodu korków oraz
powolnych wielkich promów, na których podróż czasem zamienia się w męczarnię.



 



Droga do Puerto
Galery



Po powrocie znad jeziora Taal od razu wskoczyliśmy w Manili
w autobus do Batangasu, miasteczka, które nie kryje w sobie zbyt wielu
atrakcji, ale jest przede wszystkim węzłem komunikacyjnym pomiędzy olbrzymią
wyspą Luzon, a dużo mniejszą wyspą Mindoro. Ta zaś słynie z pięknych, bajkowych
plaż, osłoniętych od wiatru drzewami palmowymi i majestatycznymi górami.
Leżenie na plaży co prawda nie brzmiało jak najfantastyczniejsza rzecz na
świecie, ale nasz papierowy przewodnik wysnuwał w 2005 roku przypuszczenia, iż
poprzez Mindoro można przedostać się na Parawan, a stamtąd miały już być
uruchomione nowe połączenia wodne z Malezją. Taki był bowiem kolejny etap
naszej podróży.



 



Podróż do Batangasu zajęła nam kilka godzin. Autobus
zatrzymał się na tyle daleko od portu, skąd mieliśmy złapać prom na wyspę Mindoro,
że musieliśmy skorzystać z trzykołowej taksówki. Było już po 18 i
ryzykowaliśmy, że nie zdążymy na ostatni prom. Kiedy dotarliśmy do przystani,
nagle pojawiło się dwóch rosłych panów, chwyciło nasze bagaże i zaczęło
krzyczeć: szybciej, szybciej! Spanikowani zaczęliśmy biec za naszymi
uciekającymi bagażami, nie wiedząc o co chodzi. Okazało się, że panowie ci
zarabiali dodatkowe grosze na porywaniu bagaży turystów i przenoszenie ich do
poczekalni portowej. Pokazali nam, zdezorientowanym, gdzie kupić bilety i
pogonili w stronę tejże poczekalni…Byliśmy lekko źli, manipulowani tak łatwo
przez ludzi, którzy za żadne skarby nie chcieli oddać nam plecaków przez
dotarciem do celu. Kiedy już znaleźliśmy się w poczekalni, krzyknęli swoją
stawkę. Powiedzieliśmy im, że nie prosiliśmy o pomoc i aż tyle im nie damy. Nie
ukrywam, byli źli, ale dostali swoje i myślę, że może następnym razem zapytają,
zanim zdecydują się porwać czyjś bagaż…A może nakładam w tym momencie myślenie
swoje na rzeczywistość egzystencji Filipińczyka?



W każdym razie mieliśmy sporo szczęścia, bo udało się nam
dotrzeć do portu przed odpłynięciem ostatniego dziś promu na wyspę Mindoro, do
miasteczka Puerto Galera.



Dotarliśmy tam w dwie godziny później, a ponieważ nie
mieliśmy namiarów na tani nocleg, zdaliśmy się na pomoc kierowcy trzykołowej
taksówki. Ten zaś okazał się pomocny, ponieważ po 5 minutach jazdy byliśmy już
w niedrogim hostelu, z miłą restauracją na dole, wiatrakami w pokojach, w
których było nawet czysto, a właścicielem okazał się podstarzały Niemiec,
który, jak potem nam wyznał, mieszka tu już od 25 lat i nigdzie nie zamierza
się wynosić. W hotelowej restauracji menu było, jak na Filipiny, specyficzne –
kiełbaski z cebulka po bawarsku, gulasz, oraz świetne omlety, na przykład z grzybami.
Wszystko za cenę europejską, ale czasem i na to trzeba sobie pozwolić.
Zwłaszcza, że nasze wegetariańskie brzuchy na filipinach były często puste i
niezadowolone.



Po kolacji postanowiliśmy rzucić okiem na nocną wersję
miasta i poszukać Internetu. Okazało się, że mieszkamy w mało przyjemnej
okolicy – po wyjściu z kafejki internetowej jakiś młokos potrącił z rozmysłem i
agresją Krzyśka, chcąc go sprowokować do bójki. Nie udało mu się, a
właścicielka kafejki, stojąca przed wejściem, z niewiadomych dla nas przyczyn
przeprosiła za ten incydent. Poczuliśmy się nieswojo na słabo oświetlonych
uliczkach pełnych podpitych jegomości. Wróciliśmy do zabarykadowanego późnymi
wieczorami hostelu.



 



Drugi dzień okazał się dla naszej podróży sądny. Właściciel
naszego hostelu, słysząc, że szykujemy się w podróż autobusem na południe wyspy
Mindoro, skąd złapać mieliśmy statek na wschód, ku Palawanowi, uświadomił nam,
że na południu wyspy szaleją obecnie powodzie i nie jeżdżą tam żadne autobusy.
Powiedział też, że w tej sytuacji, a może potrwać ona jeszcze kilka tygodni,
musimy wrócić do Manili.  Potwierdził
również, że faktycznie, z Palawanu faktycznie kursują statki do Malezji.
Pamiętam jeszcze wypowiedziane przez niego zdanie: „Zaufajcie mi, mieszkam tu
już 25 lat i wiem o Filipinach wszystko. Do Malezji z pewnością i bez problemu
dostaniecie się z Palawanu”. Uwierzylibyście? Ja uwierzyłam, zwłaszcza, że
Parawan jest najbliżej położoną Malezji wyspą filipińską.



 



Plażowanie na Mindoro



Nie pozostało nam nic innego jak spędzić cały dzień
wałęsając się po plażach wyspy Mindoro, jednych z najprzyjemniejszych w kraju,
gdzie można sobie ponurkować, a na drugi dzień ruszyć w drogę powrotną do
Manili.



Wsiedliśmy więc do trzykołowej taksówki, zaopatrzeni w
kostiumy kąpielowe, których tu nie trzeba było się obawiać nosić, w dopiero co
zakupione pareo na wypadek ciekawskich spojrzeń w stronę mojego bikini,
ręczniki i chustki na głowę. I tak, po półgodzinnej jeździe znaleźliśmy się na
White Beach, z której bez problemu już wędrować można było ku kolejnym –
Aninuan i Talipanan. White Beach okazała się głośna, tłoczna, pełna knajpek i
ośrodków dla nurków. Zjedliśmy tam obiad i spacerkiem ruszyliśmy ku Aninuan
Beach, gdzie, ku naszemu zdziwieniu, nie było prawie nikogo, zaledwie kilku
błąkających się, znudzonych chłopców. Tu mogliśmy prze kilka godzin leżeć,
kąpać się i spacerować w zupełnym spokoju. Mimo naszej niechęci do leżenia na
plaży, był to dzień , dzięki któremu porządnie wypoczęliśmy i zebraliśmy siły
do dalszej podróży, która wkrótce okazała się bardzo skomplikowana.



 



Trudna podróż na
wyspę Palawan



Na drugi dzień wsiedliśmy na prom, potem do autobusu, aby
być przed południem (co nawet się nam udało!) w Manili. Tam – szybkie kroki do
agencji turystycznej, gdzie kupiliśmy bilety na statek do Puerto Princessa na
wyspie Palawan. Okazało się, że bilety kupowane przez biuro są dwa razy tańsze,
niż gdybyśmy kupili je przez Internet. Biura widocznie mają dostęp do
korzystnych ofert rabatowych. Warto więc, przy zakupie biletów na statek lub
samolot, skorzystać z ich usług.



Mieliśmy jeszcze kilka godzin na obiad i pożegnanie z Manilą
(jak się wkrótce okaże, nie na długo). Wsiedliśmy na prom, gdzie w klasie
ekonomicznej zakupione mieliśmy miejsca leżące. Najtańsza wersja klasy
ekonomicznej to w efekcie trzy piętra pokładu z zadaszeniem, ale bez ścian, na
których rzędami ustawione są dziesiątki piętrowych łóżek. Pokład statku
śmierdzi niemiłosiernie jakimś środkiem odkarzającym. W restauracji pokładowej,
mogliśmy zjeść kukurydze gotowaną, ryż lub gotowane jajko – to na tyle, jeśli
chodzi o dania wegetariańskie. Trzydziestogodzinną podróż umilać miała maszyna
do karaoke stojąca w restauracji. Na statku znajdowały się również prysznice z
zimną wodą, a na najniższym pokładzie – droższe kajuty.



Nasza podróż ciągnęła się straszliwie. Statkiem co jakiś
czas bujało na tyle, że choroba morska była gwarantowana, wtedy trzeba było się
położyć na łóżku – przechodziło. Inni pasażerowie bez żenady wymiotowali przez
barierki do morza. Umilaliśmy sobie czas czytaniem głupich gazet, książek,
spacerami i obserwacją morza. Wskazówki zegara poruszały się w żółwim tempie,
nigdy wcześniej nie zdawałam obie sprawy, że 30 godzin może trwać tak długo.
Była to dla mnie wyjątkowo nieprzyjemna podróż.



Kiedy dopłynęliśmy do Puerto Princessy następnego dnia
późnym wieczorem, musieliśmy czekać kolejne dwie godziny, aby wypuszczono
pasażerów ze statku. W porcie musieliśmy jeszcze podpisać się na liście
przyjezdnych cudzoziemców – to samo spotkało nas później w Zamboandze na wyspie
Mindanao.



 



Trudności noclegowe
Puerto Princessy i kolejne kłopoty



Przyznać muszę, że tu przewodnik Pascala zawiódł srodze –
żaden z wymienionych na stronach hotel czy hotel, nie istniał. Mieliśmy duży
kłopot i zajęło nam kilka godzin zanim znaleźliśmy coś sensownego. W jednym
hotelu za dość sporo, bo 600 peso był wolny pokój rodzinny, jedyny wolny. Kiedy
zdecydowaliśmy się, właścicielka nagle stwierdziła, że zapłacimy jednak 800
peso, i nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, czemu podniosła stawkę. Wkurzeni,
wyszliśmy, na tyle na pewno nie było nas stać. Kolejny hostel był bardzo tani –
150 peso za pokój – ale pokoje były brudne, wielkości wnęki na szafę, a imprezę
z parteru słychać było tak, jakbyśmy na niej byli - ściany bowiem były z dykty.
Był to chyba hotel na godziny.



W kilku kolejnych hotelach w ogól nie było miejsc. Było już
po północy, a my staliśmy na ulicy, wyczerpani dźwiganiem bagażu i męczącą
podróżą. Taksówkarz, zapytany o hotel, ze złośliwym uśmiechem odpowiedział –
100 peso. Najwyraźniej nie mieliśmy dziś szczęścia do ludzi. W końcu jednak
ktoś wskazał nam jakąś małą uliczkę. Wkroczyliśmy na nią niepewnie, nazywała
się chyba Manga Street, a na niej znaleźliśmy dość łatwo niewielki szyld.
Zapukaliśmy, otworzyła nam miła starsza pani, która potem okazała się świetnym
źródłem informacji, robiła świetne śniadania i była dla nas bardzo kochana, i
zapewniła nas, że ma kilka pokoi wolnych. I tak oto dostaliśmy czysty, niedrogi
(300 peso) pokój z wiatrakiem, w przytulnym drewnianym domku.



Starsza Pani nie była tu sama, miała swoją pomocnicę, a do
tego właśnie odwiedził ją jej syn, mieszkający w wielkie Brytanii i pracujący
tam jako lekarz. Nie  była to dla nas
wielką niespodzianką – mieszkając kilka miesięcy w Anglii poznaliśmy sporą
grupę Filipińczyków, wszyscy pracowali tam jako pielęgniarze lub lekarze.
Dzięki temu, że przyjechał, nikt w domu, mimo bardzo późnej godziny, nie spał.
Mieliśmy szczęście.



Ale tylko w kwestii noclegu – właścicielka naszego hostelu
poinformowała nas, że z wyspy Parawan nie ma legalnych połączeń z Malezją. Są
co prawda połączenia nielegalne, ale są to połączenia, których używają
nielegalni emigranci lub przemytnicy, całe mnóstwo tych połączeń przechwytywanych
jest przez policję, i generalnie wiedziała ona, kto organizuje te podróże, ale
uznaliśmy, że nie jest to rzecz interesująca dla nas. Dowiedzieliśmy się
również, że jedyne połączenie wodne, jakie Łączy Filipiny z Malezją, to
połączenie z Zamboangi na wyspie Mindanao. A żeby dostać się z Palawanu na
Mindanao, trzeba…….wrócić do Malezji. Była to dla nas ciężka chwila – od
dobrego tygodnia byliśmy cały czas w drodze, nie oglądając praktycznie nic, nie
odpoczywając, próbując dostać się tanim (czyli lądowym – połączenia lotnicze
między dwoma krajami były bardzo drogie) sposobem do Malezji. W efekcie, nasz
sposób okazał się drogi, do tego musieliśmy po raz czwarty już wracać do
Manili, której nie pokochaliśmy. Do tego nasza wiza traciła ważność za 3 dni,
więc nie mogliśmy sobie pozwolić na pozostanie na Palawanie dłużej niż 1 dzień,
którego połowę spędziliśmy na załatwianiu biletów lotniczych do Manili, a potem
do Zamboangi. Do tego dochodziły mroczne opowieści o wyspie Mindanao, siedzibie
islamskich separatystów, którzy chcą oddzielenia wyspy od katolickich Filipin, gdzie
porwania turystów były jeszcze kilka lat temu na porządku dziennym – dlatego
też próbowaliśmy dotąd uniknąć podróży tą drogą. Teraz jednak nie mieliśmy
wyjścia.



 



 



Tego dnia, 9go grudnia, były moje urodziny. Aby poprawić
sobie urodzinowy humor, postanowiliśmy, po zakupie biletów lotniczych, udać się
na plażę i na smaczne jedzenie. Nie mieliśmy już czasu na żadne atrakcje przyrodnicze
Palawanu, jedne z najatrakcyjniejszych na Filipinach, takich jak chociażby
podziemna rzeka, która wpisana jest na listę UNESCO.



 



Okazało się, że w Puerto Princessa, niedaleko naszego lokum
jest prawdziwe ukojenie dla wegetariańskich żołądków: Vegetarian House – jego
istnienie szczerze nas zaskoczyło, biorąc pod uwagę mięsożerność narodu
filipińskiego. Była to pierwsza i ostatnia knajpa wegetariańska w tym kraju,
jaką znaleźliśmy. Lokal okazał się skromny i niewielki, lecz menu bogate, pełne
potraw przede wszystkim kuchni chińskiej i induskiej, smacznych deserów i przepysznych
koktajli mleczno-owocowych. Podobne koktajle smakowaliśmy potem w Kambodży i
Laosie, jednak tam były one z jajkiem i bardzo przesłodzone. Filipińska wersja
okazała się pyszna, pełna owoców i mleka.



W knajpie dorwały nas dzieci, proszące o pieniądze. Ponieważ
postanowiliśmy nie dawać dzieciom pieniędzy, postanowiłam kupić im koktajl. Nie
zdążyłam – rozgniewana właścicielka lokalu przepędziła dzieci.



 



Po naprawdę obfitym posiłku wybraliśmy się na Białą Plażę,
jedyną prawdziwie białą, na jaką trafiliśmy w naszej podróży. Znajdowała się
ona kilka kilometrów od centrum miasta, mimo to zrezygnowaliśmy tym razem z
trzykołowca na rzecz długiego spaceru w palącym słońcu. Spacer okazał się przy
upalnej pogodzie bardzo męczący, lecz ciekawy, wiódł bowiem, kierowany
wskazówkami napotkanych osób, przez niewielkie wioski, palmowe lasy, a po
drodze zahaczyliśmy nawet o rybacką wieś, pełna drewnianych domów,
rozwrzeszczanych dzieci i ciekawskich spojrzeń. Ilość śmieci na wybrzeżu
wioski, tam gdzie zacumowane były łodzie, zaszokowała nas mocno. Zaczęliśmy
mieć obawy co do stanu Białej Plaży.



Ta jednak okazała się czysta i oślepiająca swoja bielą.
Zamiast piasku znajdowała się na niej delikatna glinka, po której z
przyjemnością chodziło się boso. Na plaży, z okazji niedzieli, znajdował się
spory tłum przede wszystkim dzieci, a dodatkowo napotkaliśmy dwie Amerykanki,
bez żenady opalające się w skąpym bikini, jednak w sporej odległości od całej
reszty. I ja pozwoliłam sobie na zdjęcie koszulki, kiedy wchodziłam do wody. Po
bokach plaży znajdowały się zawieszone po odpływie na drzewach łodzie, a w
niektórych miejscach wystawały z wody wielkie korzenie. Miejsce było wyjątkowo
urocze.



 



Wieczorem udaliśmy się do kafejki internetowej. Tam
spotkaliśmy 18-letniego podróżnika z Wrocławia, który uraczył nas opowieściami
przede wszystkim z Birmy, gdzie nie było wtedy zbyt bezpiecznie (był tam w
październiku 2007 roku). Teraz wybierał się na Boracay.



Udało nam się jeszcze dotrzeć na niedzielny festyn miejski z
choinką w tle. Prawie jak w domu.



 



Ostatni raz w Manili,
ostatni przystanek - Zamboanga



Kolejny dzień i kolejna podróż. Z malutkiego lotniska w
Puerto Princessa, gdzie w oczekiwaniu na samolot oferowany jest masaż
leczniczy, wsiedliśmy w samolot do Manili, a stamtąd – do Zamboangi. Na miejscu
znaleźliśmy się wieczorem. Wpisaliśmy się do policyjnej księgi przybywających
cudzoziemców (obowiązkowe) i znaleźliśmy na lotnisku informację turystyczną.
Tam poprosiliśmy o namiary na najtańszy hotel w mieście, który, notabene
kosztował sporo – 500 peso za pokój. Dotarliśmy tam szczęśliwie trzykołową
taksówką, której kierowca chciał ekstra dodatek, za to, że nam ten hotel
znalazł – mimo, że jego nazwę dostał od nas. Cóż, z turysty wycisnąć trzeba
ostatnie peso.



Pokój, jak to w Azji, nie miał okna, ale za to klimatyzację,
był ohydny, a do łazienki, nie mytej chyba od bardzo dawna, nikt nie wszedłby
bez skafandra. My jednak odważyliśmy się, i żyjemy. Zamiast prysznica – gumowa
rura.



Niestety, czasu było za mało, aby zapuścić się gdzieś w głąb
wyspy. Po zakupie biletów na statek do Malezji w porcie (tym razem w klasie
ekonomicznej z klimatyzacją, aby przynajmniej nie oszaleć z gorąca),
wyruszyliśmy na oglądanie miasta. Jedno z największych miasto na wyspie
Mindanao, drugiej co do wielkości po Luzonie, wydawało się spokojne, a
jednocześnie równie brudne i zaniedbane jak Manila. Przed każdym większym
sklepem stali ochroniarze z karabinem maszynowym w ręku i sprawdzali zawartość
plecaków, toreb etc. Klimat trochę paranoiczny, ale zdaje się, że na Mindanao
zamachy bombowe zdarzają się



częściej niż w Manili. "Tutejsi wyznawcy islamu ludy
Yakan - realizują swoje praktyki w bardzo ortodoksyjnej formie, której rodowód
sięga XIV wieku. Największe miasto na wyspie - Zamboanga jest pełna wojska.
Można się poczuć trochę jak w koszarach. Uzbrojone w długą broń patrole są
tutaj na porządku dziennym. Na pytania o przyczynę tak licznej obecności wojska
nie ma jasnej odpowiedzi. Chodzi niby o przysłowiowych „robbers” (ang.
rabusie), jednak czuć, że w powietrzu wisi coś innego. To zagrożenie działaniem
ekstremalnych bojówek komunistycznych MPA (New People’s Arms) i islamskich
oddziałów MILF (Moro Islamic Liberation Front).", donosi jedna z podróżniczek
z 2004 roku.



Wiele się jednak od tego czasu zmieniło, my czuliśmy się w
Zamboandze bezpiecznie, a nasz spokój zaburzały jedynie kilkuletnie dzieci
łapiące za nasze kieszenie w poszukiwaniu drobnych, wszędobylskie : „Hello,
where are you going” i duży ruch uliczny. Odwiedziliśmy miejscową plażę, do
której trzeba było pojechać jeepney’em oraz ogród botaniczny z egzotycznymi
ptakami i basenem, połaziliśmy po okolicy portu, gdzie znajduje się stary fort
hiszpański i poznaliśmy miejscowy dialekt, który bardziej jest podobny do
hiszpańskiego niż do wczesnej wszędzie słyszanego tagalog. W efekcie, zamiast
swojskiego 'O-o' (tak) wszyscy mówili „Si”.



Ostatnie dwa dni na Filipinach spędziliśmy zajadając się
mango, pijąc nasze ulubione mangowe soki i smakując wegetariański bufet w
buddyjskim barze. Mieliśmy tu dwie niespodzianki. Po pierwsze mieliśmy ochotę
na jajko. W barze oferowano zaś jajka pod niewinną nazwą „salted eggs”. Myśląc,
że są to solone jaja na twardo, które w tym kraju sprzedaje się na ulicy i w
autobusach dalekobieżnych, poprosiliśmy o nie. Dostaliśmy jajko, które po
odłupaniu skorupki przywitało nas straszliwym smrodem zepsutego, niebieskawego
jaja. Straciliśmy apetyt i wyszliśmy, a zapach na reku pozostał cały dzień. Z
tego wszystkiego zostawiłam w knajpie torbę z aparatem – lustrzanką. Do tego
zauważyłam jej brak po kilku godzinach przespanych w hotelu. Najbardziej
niesamowite było jednak to, że po powrocie do baru, otrzymałam aparat z
powrotem z pożegnalnym: „nie zostaw kiedyś głowy” od właścicielki lokalu.



 



Następnego ranka zaś wsiedliśmy na pokład statku płynącego
do Sandakanu na wyspie Borneo  w Malezji.
Odprawa dokumentów, załadowanie statku i pasażerów trwało, jak to zawsze bywa,
kilka godzin, a bagaż jest w porcie obwąchiwany przez policyjne psy, które
szukają broni i narkotyków. Podobno zdarza się, ze ktoś podrzuci niewinnie
wyglądającemu białemu turyście jakiś niebezpieczny ładunek, dlatego warto
dobrze pilnować swojego ekwipunku.



Stojąc w kolejce do odprawy paszportowej, już na statku,
przyglądaliśmy się razem z innymi pasażerami wyławiaczom monet. Są to często
całe rodziny, które na małych łodziach podpływają do statków pasażerskich,
prosząc o drobne. Pieniądze rzuca im się do wody, oni nurkują i je wyławiają,
co jak zauważyliśmy, spotyka się ze sporym uznaniem. Z tego powodu wszyscy
chętnie rzucają monety.



 



Po czternastu godzinach podróży z nieco chłodniejszych, niż
ostatnio, warunkach. Ujrzeliśmy skaliste wybrzeże Malezji. Cieszyliśmy się, że
nasza pechowa końcówka podroży po Filipinach, dobiegła końca.



OPOWIEŚCI FILIPIŃSKIE - MANILA I JEZIORO TAAL

09.12.2007 :: 12:30 Komentuj (0)

Po prawie dwóch tygodniach spędzonych na północy wyspy Luzon, wyruszyliśmy na spotkanie ze stolicą Filipin – Manilą. Do dziś na myśl o tym mieście przychodzą mi słowa takie jak: bieda, żebracy, hałas, smog. A w tym wszystkim zatopione bogate centra handlowe, hotele i sieć Starbucks Coffee, gdzie uniżony pracownik otwiera przed tobą i zamyka za tobą drzwi.


Podróż z Agoo do Manili zajęła nam blisko 4 godziny. W przewodniku znaleźliśmy tani hotel, który co prawda znajdował się dosyć daleko od najciekawszych turystycznie miejsc, w dodatku, jak dowiedzieliśmy się już później od mieszkańca Manili, położonego w mało bezpiecznej dzielnicy, ale jego zaletą była zaciszność i niezła, jak na początek sezonu turystycznego, cena: 500 peso (niecałe 30 zł) za dwójkę z klimatyzacją. Kiedy porównać to z cenami hoteli np. w Kambodży (4 dolary), wcale nie brzmi to tak tanio, jednak na Filipinach super tanich noclegów raczej nie ma, a jeśli są, to jednak nie chciałabym tam nocować. Pokój okazał się być standardowy jak na tani filipiński hotel: zamiast okna małe okienko, obskurne meble, średnio czysta pościel.
Spora odległość od interesującej nas dzielnicy Intramuros nie przestraszyła nas, w recepcji otrzymaliśmy mapę miasta z oznaczeniem gdzie po drodze możemy złapać jeepney’a, które zastępują tu autobusy miejskie. Po drodze mijamy piękne stragany z kolorowymi kwiatami oraz wiadukt nad dzielnicą slumsów, wyglądającą bardzo przygnębiająco.

Słów kilka o filipińskim transporcie publicznym



Filipiński transport publiczny jest …wspaniały i oryginalny. Po pierwsze w Manili i innych większych miastach, a także poza nią na krótszych trasach kursują jeepney’e: wspaniałe machiny, pozostałe po wojsku amerykańskim, które pomalowane są kolorowo i często podpisane ciekawymi napisami, powiązanymi z religią katolicką. Często zobaczyć na nich można wymalowane oblicze Jezusa. Pojazdy te suną dość powoli, ale podróż umila odczuwalny podczas podróży wiatr – nie mają one bowiem szyb. Przejazd takim autobusem z hotelu do dzielnicy Intramuros kosztowała nas po 0,6 peso na łebka.
Drugi bardzo dobry środek lokomocji to trzykołowe taksówki. Taką taksówką jeździliśmy podczas pobytu w kraju dość często, raz również z Manili, kiedy próbowaliśmy dostać się z dworca autobusowego do hotelu. Nie pamiętam już ile nas ta przyjemność kosztowała, ale było to najwyżej kilka złotych. Trzykołowe taksówki ni są co prawda zbyt duże (nie wiem jakim cudem zapakowaliśmy się do jednej my we dwoje z dwoma dużymi plecakami), ale przyjemnie się nimi podróżuje.
Należy jednak nadmienić, że podróż po Manili zawsze będzie raczej męcząca. Miasto jest wiecznie zakorkowane, a powietrze wyjątkowo zanieczyszczone. Siedząc w stojącym w korku jeepneyu, oddychaliśmy z trudnością. Do tego jeszcze wszyscy trąbią krzyczą i biegają między samochodami. Ludzie z jeepneyów wyskakują i do nich wskakują na środku szerokiej ulicy pełnej pojazdów. Czasem, siedząc w jeepney’u i widząc, co się wokół nas dzieje, zastanawialiśmy się, jakim cudem jeszcze żyjemy. Trzeba wiedzieć do którego wsiąść – każdy ma na przedniej tablicy napisaną ulicę docelową i nic poza tym.

Intramuros
Intramuros jest starą dzielnicą kolonialną otoczoną wysokim murem z końca XVI wieku, pełną urokliwych uliczek, placyków i zielonych skwerów. W jej sercu znajduje się przyjemny park. Intramuros to pozostałość po Hiszpanach.
Z zaskoczeniem odkrywamy pola golfowe tuż przy murach dzielnicy. Ekskluzywne, pilnowane przez wojsko, dla takich białych Europejczyków jak my. A wokół bieda i bezdomni uśpieni słońcem na trawie pod ogrodzeniem.
W środku Intramuros odczuliśmy nagłą ulgę. Hałas ulicy ustał, otoczyły nas stare chłodne mury kamienic i kościołów, z których wydobywały się śpiewy modlitewne – była to niedziela. Co chwila zaczepiali nas kierowcy taksówek, którzy byli zdziwieni, że chcemy się przejść. Dotarliśmy do parku otaczającego fort Santiago, gdzie znaleźć można również muzeum Rizala pełnego pamiątek po tym znanym filipińskim bohaterze narodowym i poecie. Tego dnia park był niezwykle zatłoczony, a wzdłuż alejek stały ruchome platformy, a na nich naturalnych rozmiarów postaci Maryi bądź samej, bądź też otoczonej przez anioły, z Jezusem, i w innych ciekawych wersjach. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, nieśmialcy, cóż to była za impreza, ale na pewno byliśmy pod wrażeniem jej rozmiaru oraz przygotowania tych platform. Były one przyozdobione z niezwykłą starannością, a tkaniny, z których uszyto stroje bohaterów scen religijnych, zapierały dech w piersiach. Kilkadziesiąt platform można było oglądać godzinami z podziwem i uznaniem dla wykonawców.



Spędziliśmy w parku sporo czasu, oglądając też ruiny fortu. Z ich szczytu rozciągał się widok na rzekę Pasig i miasto po drugiej stronie kanału. Miasto, które wciąż przypomina dzielnice wielkiej biedy poprzecinane co chwila niewielkimi nowymi budynkami ze szkła.
Wychodząc parku przypadkowo napotykamy Polską Ambasadę, prawie przy samej parkowej bramie.

Park Rizala

Niedaleko Intramuros znajduje się wielki park (ma on 60 hektarów), w którym Filipińczycy lubią odpoczywać od hałasu i upału, tam odbywają się też liczne koncerty. Jeśli ktoś lubi populistyczne miejskie atrakcje, ma szansę się tam odnaleźć. My trochę się tam nudziliśmy, wśród rodzin z dziećmi, bawiących się razem, drzemiących w trawie, jedzących kukurydzę lub pijąc colę. Z nudów obejrzeliśmy park chiński i japoński. I tyle z atrakcji tego miejsca.

W stronę Ermity i Malate

Kolejnym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić były dzielnice Ermita i Malate. Kiedy dotarliśmy w ich obręb, nagle z dużych przestrzeni otaczających park Rizala i Intramuros, otoczeni zostaliśmy w małe uliczki pełne sklepów, salonów rzemieślniczych, tanich i droższych knajpek z jedzeniem. Włóczyliśmy się tam trochę bez celu, jakby nie do końca wiedząc czego szukamy. Poraziła nas ilość żebraków i bezdomnych leżących, siedzących i stojących na ulicach tego turystycznego rejonu. Co chwila ktoś prosił o pieniądze lub coś do jedzenia. Przez moment miałam wrażenie, jakby cała Manila schodziła się tu na żebry. Sądząc po rozległości dzielnic slumsów w tym mieście, jest to bardzo prawdopodobne. Ci biedni i często bezdomni ludzie swoją ostatnia nadzieję widzieli w nas, turystach. My niestety nie mieliśmy im zbyt wiele do zaoferowania. Nasze przygnębienie rosło. Uciekliśmy z Manili po 3 dniach, mając w pamięci straszną biedę, na jaką się tu napatrzyliśmy.
Być może nasza wizja Manili jest odosobniona. Wiele osób zachwala Manilę jako wspaniale miasto z bogatym nocnym życiem...to akurat może być prawda, skoro podobno (wg przewodnika Pascal) 70% turystów na Filipinach przebywa tu z powodu świetnie rozwiniętej seksturystyki...My podstarzałych białych panów z Filipinką pod rękę widzieliśmy w Manili na każdym kroku. To nie dzieje się zresztą tylko w stolicy. W drodze do Tagaytay natomiast, kiedy poszłam do toalety, do Krzyśka podszedł policjant pytając, czy nie szuka może prostytutki.


Tagaytay
Z Manili ruszyliśmy do Tagaytay, skąd mieliśmy wybrać się na spotkanie wulkanu Taal. Mimo, że Tagaytay znajduje się niecałe sto kilometrów od stolicy, podróż zajmuje wiele godzin, przede wszystkim z powodu sporych korków na drodze. Po raz pierwszy i niestety nie ostatni przekonujemy się, że nawet na małych odległościach przemieszczanie się na Filipinach bywa trudne i czasochłonne.
Do niewielkiego miasteczka dotarliśmy późnym popołudniem. Już po chwili zaczepił nas kierowca trzykołowej taksówki proponując nocleg. Zapytany o cenę zaproponował 1000 peso (50 zł), byliśmy nieugięci i stargowaliśmy cenę do 500 peso wiedząc, że za cenę 1000 peso proponuje się nam obskurny pokoik wart o wiele mniej. Udaje się nam dogadać i po 15-minutowej podróży docieramy do naszej kwatery. Znajdowała się ona w domu prywatnym, jednorodzinnym, na piętrze. Pokoik był znośny, bez klimatyzacji i z okropną jak zwykle łazienką, gdzie zamiast prysznica była rura gumowa do polewania. Takie są tandardy filipińskie. Za to lokalizacja była świetna – po drugiej stronie ulicy od uliczki, na której zamieszkaliśmy, znajdował się taras widokowy i mały park, z którego roztaczał się piękny widok na lasy tropikalne i spore jezioro Taal. Wkrótce rozpadał się deszcz, który już po naszym powrocie do domu przeistoczył się w niezłą ulewę. Zdążyliśmy zahaczyć o sklep z owocami i napojami.
Tagaytay, mimo, że niewielkie, jest wyjątkowo długie. Aby dojść od miejsca widokowego i naszego miejsca zamieszkania do centrum miasta, trzeba iść około godziny, lepiej jest więc wziąć trzykołową taksówkę za 10 peso. Gdzieś w połowie drogi znajduje się ulica, na której znajduje się targ owocowo-warzywny. Kilka kroków dalej szkoła, a zaraz za nią sklep i knajpa, gdzie przygotowano nam pyszny ryż z warzywami i smażone jajka. Podejście do życia Filipińczyków czasem zmuszało nas do uśmiechu. Kiedy weszliśmy i poprosiliśmy o jedzenie, dziewczyna, drzemiąca na kocu za ladą najpierw spojrzała się na nas leniwie, jakby mając nadzieję, że zmienimy zdanie i pójdziemy sobie, po kilku minutach wstała, poszła do sklepu po potrzebne produkty, a na koniec ruszyła do kuchni. Na obiad czekaliśmy godzinę. Ale warto było, jedzenie było świetne. Ponieważ Południowy Luzon słynie z kokosowego placka, warto je kupić na deser. W centrum Tagaytay znaleźć można nawet cukiernię, która sprzedaje tylko to ciasto – całe półki zastawione są kartonami z tą pysznością. Jest to rodzaj tarty wypełnionej plastrami kokosa. Nie jest to kokos znany nam ze sklepów, tylko taki duży zielony, wypełniony miękkim miąższem i mnóstwem mdłego mleka kokosowego.
Centrum Tagaytay jest niezbyt interesującym miejscem, można tu jednak znaleźć aptekę, sklep, Jolliebee i stacje benzynową.

Jezioro i wulkan Taal

Na drugi dzień po przybyciu wyruszyliśmy nad jezioro Taal, a dokładniej – do wioski Talisay, skąd popłynąć można było do podnóża wulkanu. Z Tagaytay do Talisay jest około 5 kilometrów, droga wiedzie w dół, więc zdecydowaliśmy się przemierzyć całą trasę na piechotę. Jest ona malownicza i bardzo kręta, za każdym zakrętem ukazywało nam się nowe oblicze jeziora. Po drodze zaczepił nas człowiek na motocyklu pytając, czy nie chcemy, żeby nas podwiózł. Kiedy powiedzieliśmy, że nie, bo chcemy się przejść, zdziwiony człowiek zapytał: Jak to? Ale po co? Filipińczycy to niezłe lenie.
Do Talisay dotarliśmy spragnieni i zmęczeni. Zapomnieliśmy wziąć wody. W wiosce było dużo sklepików, ale o dziwo nigdzie nie mogliśmy kupić zwykłej mineralnej, za to coli i lemoniady było pod dostatkiem. Co prawda napój taki niezbyt gasi pragnienie, ale ma to sens – organizm trawi słodki napój zatrzymując go na dłużej w organizmie. Nie następuje odwodnienie organizmu.
Długo nie mogliśmy się zdecydować na wynajem łodzi, gdyż okazało się, że trochę to kosztuje. Co innego, kiedy jest się większą grupą – filipińska banca, którą można popłynąć, jest 8-osobowa. My musieliśmy całą sumę pokryć we dwoje. Większość proponowała nam 1200 peso. Udało nam się stargować cenę do 800 i w końcu popłynęliśmy. Ponieważ jezioro Taal jest dosyć niespokojne, dostaliśmy poza kapokami również płaszcz przeciwdeszczowy.



Po dotarciu na miejsce otoczyła nas nagle cała masa ludzi – jedni sprzedawali wodę albo maseczki przeciw pylne (na szczycie wulkanu powietrze jest faktycznie zapylone, ale bez przesady), inni proponowali podróż do wulkanu na koniach, inni proponowali swoje usługi przewodnickie, inni jeszcze zmusili nas do wpisania się na listę darczyńców znajdującej się pod wulkanem wioski. Jak twierdzili, wpisanie i zapłacenie 150 peso jest obowiązkiem każdego przybywającego tu turysty.
W końcu pozbyliśmy się wszystkich i ruszyliśmy w górę. Szlak prowadzący na wulkan jest dosyć łatwy, średnio męczący i w miarę krótki. Jest on jednocześnie wydrążeniem po lawie, więc z zainteresowaniem przyglądamy się ścianom tego małego kanionu pnącego się w gorę. Po 40 minutach byliśmy na już szczycie. Tam kupić mogliśmy picie i posiedzieć podziwiając widoki. Jezioro znajdujące się we wciąż czynnym wulkanie było ładne, dymki unoszące się nieśmiało przyprawiły nas, leszczyków wulkanowych, o lekkie dreszcze. Widok na wyspy, ląd i kilka wygasłych wulkanów wokół był bardzo malowniczy. Spędziliśmy dwie godziny na pochłanianiu krajobrazu.
Około 16 musieliśmy już wracać – takie było ustalenie właściciela łodzi. Ponoć jezioro wieczorami, kiedy zbliża się deszcz, jest wyjątkowo wzburzone. Nie kłamał. Mimo, że mieliśmy płaszcze przeciwdeszczowe, wyszliśmy z całej wyprawy kompletnie mokrzy. Płynąc bancą po jeziorze spotykaliśmy co chwila spore bałwany i gwałtowne fale.
W drodze powrotnej nas i dwie jeszcze inne, tez zmoknięte turystki podrzuciła do Tagaytay przyjazna ciężarówka. Ku naszemu zdziwieniu, jej kierowca nie chciał od nas żadnych pieniędzy.

Tej nocy zerwała się niezła burza i zalało nasz pokój. Rano zabraliśmy nasze mokre plecaki i wyruszyliśmy w drogę. Zahaczyliśmy jeszcze o knajpkę ze sprawdzonym już jedzeniem, a potem pojechaliśmy do centrum na przystanek autobusowy. Mieliśmy wyruszyć do Batangas, skąd planowaliśmy złapać prom na wyspę Mindoro. Niestety, okazało się, że mimo, że Tagaytay leży w linii prostej między Manilą, a Batangasem, wszystkie autobusy i jeepney’e omijają nas jadąc inną drogą. Nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy wrócić do Manili. Stamtąd mieliśmy bez problemu złapać autobus. Dojechaliśmy więc do stolicy, pogoniliśmy chwilę za autobusem, który wysadził nas a zapomniał otworzyć bagażnika z naszymi bagażami, po ich odzyskaniu zasapani dotarliśmy z powrotem na dworzec. Uff. Po raz kolejny opuszczamy głośną Manilę. Tym razem na dobre.

HISTORIE FILIPIŃSKIE - LUZON PÓŁNOCNY

26.11.2007 :: 09:30 Komentuj (0)

Filipiny
to dla nas, Europejczyków, nadal dość tajemniczy i rzadko nawiedzany.
Kolonializowany przez Hiszpanów, potem zdominowany językowo i kulturowo
przez Amerykanów, jest obecnie o tyle łatwy do oglądania, że z każdym
swobodnie porozumieć się można w języku hiszpańskim i angielskim.
Potocznie używany język jest współcześnie mieszanką miejscowego tagalog
i angielskiego.

Porozumienie z pewnością ułatwia wrodzona gościnność i otwartość
mieszkańców wyspiarskiego państwa. Czasem zahaczają one nawet o
natrętność – takie przynajmniej ja odniosłam wrażenie.





Pierwsze kroki



Jadąc na Filipiny miałam o tym kraju bardzo nikłe pojęcie, wiedziałam o
nim najmniej ze wszystkich planowanych w podróży miejsc. Wynikało to po
części z potrzeby zaskoczenia (lubię niespodzianki), a po części z
faktu, że większość czasu na wyspach filipińskich miałam spędzić nie
tylko z moim chłopakiem, ale z naszymi 4 śląskimi znajomymi oraz z
Geraldem, rodowitym Filipińczykiem, który na prawie 2 tygodnie zaprosił
nas do swojego rodzinnego domu w Północnym Luzonie. Mieliśmy poznać
bliżej sposób życia i mentalność mieszkańców małej wioski San Julian
nieopodal miasta Agoo.

Na Filipiny przybyliśmy z Hong Kongu całkiem tanimi liniami lotniczymi
Cebu Pacific. Nie obyło się bez problemów – jako jedyni z naszej grupy,
ja i Krzysiek mieliśmy bilet kupiony tylko w jedną stronę (reszta
wracała do HK, aby lecieć stąd z powrotem do Londynu). Przy odprawie
okazało się, że nie możemy wjechać do kraju bez posiadania biletu
powrotnego. Na nic zdały się tłumaczenia, że nie mamy biletu, ponieważ
nie wiemy, kiedy wyjeżdżamy, że zamierzamy wsiąść na statek do
Malezji…pracownik lotniska był nieprzejednany. Przyniósł nam nawet
jakąś książkę z przepisami, gdzie kolorowym flamastrem zaznaczone było
zdanie o tym, że przybywający na Filipiny turysta musi przy wjeździe,
na lotnisku w Manili, okazać bilet powrotny.. no tak, ale drugiej
części zdania już nie zaznaczono flamastrem, a brzmiała ona: chyba, że
turysta nie zna dokładnej daty wyjazdu i zamierza nabyć bilet później.
To była prawdziwa farsa – kiedy przeczytałam druga połowę zdania na
głos, spotkałam się z odpowiedzią, że to nie ma znaczenia, gdyż jeśli
nie zakupimy biletu powrotnego to nie zostaniemy wpuszczeni na pokład
samolotu.

Zrezygnowani kupiliśmy bilety. Na szczęście miła Filipinka sprzedająca
bilety w kasie Cebu Pacific powiedziała, że bilety możemy bez problemy
zwrócić od razu po przylocie do Manili. Tak tez zrobiliśmy…okazało się,
że za całą transakcję kupna i zwrotu nie pobrano żadnej prowizji, a na
stołecznym filipińskim lotnisku nikt od nas nie żądał okazania biletu
powrotnego….a więc o co było całe zamieszanie?

Szczęśliwie dolecieliśmy. Dwoje z nas zostało jeszcze w Hong Kongu,
gdyż kupowali oni bilety dużo wcześniej i na inną, późniejszą godzinę.
Postanowiliśmy czas oczekiwania spędzić w przylotniskowej knajpie,
jedząc coś i popijając dumę Filipin – piwo San Migiel, często uważane
za piwo hiszpańskie.

O stałym zagrożeniu zamachami przypominały nam jednostki policyjne i
wojskowe wokół dworca, oraz liczni panowie z karabinami maszynowymi na
szyi. Kiedy poszliśmy z kolegą na zwiady w poszukiwaniu knajpy, a
reszta została przy bagażach, wracając zostaliśmy obsypani pytaniami:
gdzie idziemy, czemu wracamy na lotnisko, co tu robimy i czego szukamy.

Znalazła się knajpa i pierwszy filipiński posiłek, który jedliśmy
potem, jako wegetarianie, bardzo często, z braku innych warzywnych
potraw. A był to ryż z gotowanymi warzywami w pysznym sosie, którego
skład do dziś jest dla mnie zagadką. Sympatyczna właścicielka pozwoliła
nam zostawić bagaże, abyśmy mogli przejść się po okolicy. Przede
wszystkim wszędzie śledziły nas ciekawskie spojrzenia. Kiedy wyszliśmy
na ulicę, sprawa stała się dużo bardziej skomplikowana: dopadły nas
miejscowe dzieci, które chciały cukierków, długopisów i monet. Kilka
cukierków miałam. Długopisów już nie, a monet dawać nie chciałam. Jeden
mały, na oko pięcioletni chłopczyk złapał mojego chłopaka za rękę i nie
chciał puścić. Im dalej szliśmy, tym mniej pewnie zaczynaliśmy się
czuć. Chłopaki zadecydowali, że jednak wracamy. Dla mnie i do Krzyśka,
mimo, że nasza azjatycka podróż trwała już trzeci miesiąc, było to
pierwsze zetknięcie się z masowym żebractwem, który miał swój ciąg
dalszy w całych Filipinach, a później w Kambodży.

Wieczorem przylecieli w końcu Mati i Gerald. Wkrótce przybyli po nas
bracia Geralda i po kilku godzinach byliśmy już w domu mamy naszego
kolegi. Kobiety ciepłej, uśmiechniętej i życzliwej. Jej dom zaś pełen
był dzieci starszych i młodszych. Kiedy dojechaliśmy około północy, na
powitanie przybyło pół wioski i cała rodzina. Tak bowiem Filipińczycy,
którzy są narodem rozśpiewanym i towarzyskim, witają przybywającego po
długiej nieobecności członka rodziny lub społeczności.



Kosmici na plaży



Następnego dnia po śniadaniu, składającego się z ryżu, gotowanych
warzyw i sosu sojowego (Filipińczycy jak to Azjaci, ryż jedzą do
każdego posiłku), wybraliśmy się na plażę. Pogoda była wyjątkowo
burzliwa i morze (Południowo-Chińskie) było szare i mocno spienione.
Mimo to było bardzo gorąco, wręcz duszno, więc ochoczo wskoczyliśmy do
wody. Zabawa była wspaniała – fale uderzały w nas co chwila z wielką
siłą, właściwie ciężko było stwierdzić, kto się na kogo rzuca, my na
nie czy one na nas. Po pewnym czasie ze zdziwieniem odkrywam, że uda
mam pocięte do krwi. Morskie fale zmieszane z piaskiem przy mocnym
uderzeniu pokaleczyły mi ciało.

Kiedy przyszliśmy na plażę, było pusto. Na każdej plaży filipińskiej
znajdują się zadaszenia ze stołem i ławkami. Zajęliśmy jeden z wielu
pustych zadaszeń, reszta zapełniła się bardzo szybko. Najpierw przyszły
dzieci, później również dorośli. Wszyscy przyglądali się nam ciekawie.
Gerald powiedział, że jesteśmy sporą atrakcją, gdyż ci ludzie nie
widzieli białego człowieka najprawdopodobniej od kilku lat. Wielką
sensację wywoływał dodatkowo mój strój. Mianowicie wyszłam na plażę w
spodenkach i górze od bikini. Podczas pobytu w kraju wiele razy
musiałam ignorować śmiechy i pokazywania palcem podczas kąpieli w
morzu, w miejscach rzadko odwiedzanych przez turystów. Mimo, że kraj
jest przede wszystkim katolicki, panują tu, w kwestii stroju zasady
bardziej zbliżone do muzułmańskich. Kobiety kąpią się tu w spodenkach i
koszulkach z rękawkami. Paradowanie w bikini jest społecznie nie
akceptowalne. Zwykle największy ubaw z mojego stroju miały dzieci,
które potrafiły wytykać mnie ze śmiechem palcami.

Po plaży postanowiliśmy odwiedzić Agoo. Niewielkie miasteczko, ze
starym kościołem, niewielkim placem i mnóstwem stoisk z ubraniami,
owocami i tysiącami klapek – japonek, nie wyróżniało się niczym
specjalnym. Wciąż padało, więc prędko wróciliśmy do domu.



Słów kilka o filipińskiej kuchni

Wieczorem odbyła się impreza powitalna. Skrzynki piwa San Miguel,
obiad, a dla mnie i Krzyśka całe tony przepysznych owoców, których od
pierwszego dnia stałam się fanem. Guayabano, mango, papaya, liczi,
chico, guava, guapple, setki rodzajów bananów, ananasy, arbuzy,
calamansi, melony, orzech banar – to były nasze filipińskie skarby.
Przynajmniej tyle, bo z jedzeniem wegetariańskim było fatalnie, często
w podróży całymi dniami konsumowaliśmy tylko owoce i …frytki z
miejscowego Fast Fooda Jolliebee. Filipińczycy są bardzo mięsnym
narodem, podobnie jak Chińczycy jedzą oni psy, a przysmakiem są na
przykład kurze embriony pieczone jeszcze przed wykluciem, w skorupce.
Zjada się je całe, z głową, dzióbkiem, nóżkami...Co prawda nie je się
tu insektów jak w Chinach, ale nam te kurczaczki juz wystarczyły.



Sto Wysp i Alaminos

Kolejny dzień szykował dla nas daleką podróż – 5 godzin samochodem do
miasta Alaminos, skąd wypłynąć mieliśmy na spotkani stu Wysp. Pogoda
niestety nam nie dopisała i po długiej podróży, gdy dotarliśmy na
miejsce, okazało się, że jest sztorm i nie można nigdzie popłynąć.
Wróciliśmy do Agoo, aby ponownie spróbować szczęścia po dwóch dniach.
Ponieważ przyjechaliśmy do kraju pod koniec pory deszczowej (przełom
listopada i grudnia), wiedzieliśmy, że może być również. Jednak
obfitość deszczu zaskoczyła tym razem nawet Geralda.

Tym razem, my wielkie śpiochy, przyjechaliśmy dosyć późno i trzeba było
czekać do rana. Wynajęliśmy dom niedaleko przystani, który według mnie
był zdecydowanie za drogi. Zauważyliśmy, że kiedy my biali pojawiamy
się, ceny skaczą do góry, nawet jeśli jest z nami trzech Filipińczyków.
Chłopakom nie zależało na targowaniu się, więc przyjęliśmy milcząco
podaną cenę. Wieczór spędziliśmy w barze karaoke, za którym wszyscy
Filipińczycy szaleją, do tego stopnia, że kilka wieczorów wcześniej,
kiedy poznawałam się z kuzynami Geralda, pierwsze pytanie jakie mi oni
zadali, było: umiesz śpiewać? Szybko jednak zauważono, że my Polacy
niekoniecznie lubimy drzeć się w mikrofon cały wieczór i dano nam
spokój.

Następnego dnia wczesnym rankiem udaliśmy się na przystań, gdzie
czekała już na nas zamówiona dzień wcześniej łódź. Koszt takiej
podroży, rozkładający się w naszym przypadku na 8 osób, to 1200 peso
(około 60 zł).

Wyspy w parku narodowym Sto Wysp zachwyciły nas od razu. Tego tutaj
szukaliśmy: pięknych raf koralowych, rajskiej plaży, złotego piasku i
szumu drzew palmowych. Dodatkowo, wyspy te wyglądają naprawdę
niesamowicie rozrzucone po morzu, wystające drapieżnie z wody. Co jakiś
czas popadał deszcz, ale nie przeszkadzało nam to ani trochę. Leniwie
pływaliśmy z wyspy na wyspę, na kilku zatrzymując się na dłużej.
Zabawnym punktem podróży były odwiedziny na wyspie filipińskiego Big
Brothera. Ach, cóż za szkoda, nikogo tam nie było!:)

Na jednej z wysp znalazłam piękną roślinę, której owoc miał twardą
skorupę, a w środku niej orzechy, które smakowały trochę jak kokos.
Dowiedziałam się, że to orzech banar. Był pyszny. Gdzie indziej
znalazłam piękne koralowce wyplute przez morze. Gdzie indziej – rudego
kocurka. Spacerując po jednej z większych wysp odkrywaliśmy jaskinie,
małe wodospady, spienione korytarze wody, dziwne rzeźby, a ze szczytu
wzgórza mogliśmy podziwiać otaczające nas małe wysepki.



Baguio

Po wrażeniach wyspiarskich postanowiliśmy odwiedzić Baguio, nazywane
letnią stolicą Filipin. Jest to miasto bardzo wazne dla Geralda, który
spędził tu kilka lat, ucząc się w szkole medycznej na lekarza. Gerald,
tak jak setki tysięcy innych Filipińczyków, pracuje teraz jako
pielęgniarz w Europie. Miasto położone na wysokości 1450 m n.p.m. na
wzgórzach północnego Luzonu, orzeźwia nagłym chłodem. W drodze otoczyła
nas rześka mgła, która jednak zniwelowała wcześniejsze wspaniałe widoki
na otaczające góry. W samym Baguio jednak widoczność znów była świetna,
a powietrze górskie i po upałach Agoo – przynoszące ulgę. Miasto jest
spokojne, ludzie, jak wszędzie żyją tu leniwie, a w samym centrum
poczuć się można jak w europejskim parku – na przypadkowych jeziorach
mieszkańcy i turyści pływają rowerami wodnymi i łódkami. Zaraz obok
znajduje się głośny bazar pełen filipińskich produkcji tkackich,
ubrania, wszędobylskie pareo, owoce i wspaniałe słodkie bułki
(zajadaliśmy się nimi w każdej części Filipin), które jeszcze ciepłe,
rozpływają się w ustach. Mniam.

Dzień w Baguio nie był stracony. Odwiedziliśmy jaskinie znajdujące się
niedaleko, podziwialiśmy krajobrazy roztaczające się z rożnych punktów
miasta, zajadaliśmy gorącą kukurydzę w maśle, a część miasta
zwiedziliśmy konno – to było coś. My, konne leszcze, zostaliśmy nagle
pozostawieni samopas, gdy Krzyśka Kon poniósł go i nasz przewodnik
musiał za nim popędzić. Mój koń najspokojniejszy nie był, a co
najgorsze, robił ze mną co tylko chciał. Emocjonująca przejażdżka.
Jedyne, co zdecydowanie mi się nie spodobało, to biedne kucyki, z
grzywami ufarbowanymi na różowo, z przyczepionymi go czoła wizerunkami
pokemonów. Wyglądały naprawdę smutno. Godzinna przejażdżka kosztowała
200 peso od osoby (czyli tak jakoś 10 zł).



Pożegnanie



Dzięki Geraldowi nasz pobyt na Luzonie był bardzo intensywny a
jednocześnie leniwi – nie musieliśmy się o nic martwić. Dodatkowo
pomieszkaliśmy w filipińskim domu, zaznaliśmy filipińskiej gościnności,
i wiecznej wrzawy panującej w każdej filipińskiej rodzinie. Przyjęto
nas ciepło i wyrozumiale, zapoznano z obyczajami, kuchnią i
mentalnością własną. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni, zwłaszcza, że
otrzymaliśmy dużo serdeczności, mając w zamian jedynie uśmiech.
Wspaniale było przyjechać do tego obcego kraju i zobaczyć, jak inaczej
od nas ludzie żyją i jak jednocześnie wiele nas tak naprawdę łączy, jak
w różnych sytuacjach reagujemy wszyscy podobnie. Podróżując sami, nigdy
byśmy tego wszystkiego nie poczuli i nie zobaczyli.

Dzień przed wyjazdem do Manili poszliśmy we dwoje na plażę w San
Julian. Chcieliśmy spędzić cały dzień idąc od plaży do plaży, gdyż
ciekawił nas świat znajdujący się tuż obok dobrze już znanej wioski.
Tego dnia pierwszy raz zetknęliśmy się z rzeczywistością, której na
pewno nie dowiemy się z folderu biura podróży. Poza San Julian plaże (a
widzieliśmy ich kilka), po których spacerowaliśmy, były okropnie
zaśmiecone, na tyle, że brzydziliśmy się wejść do wody. Po południu
podczas przypływu śmieci leżały stertami na pięknych plażach, ale za to
można było się wykąpać, bo nie było ich już tyle w wodzie. W leżących
przy tych plażach wioskach (za San Julian była San Migiel, a dalej
następne, ciągnące się wzdłuż wybrzeża), sterty plastiku były jeszcze
większe. Naszym krokom towarzyszyła coraz większa zgraja dzieci,
powiększająca się przy każdym domu. Wszystkie krzyczały za nami
:Amerykana! Give me dollars!. Poczuliśmy się bardzo niezręcznie.
Podeszła do nas banda małych chłopców, którzy zażądali pieniędzy. Za
chwilę pojawiła się dziewczynka, która śpiewając do nas amerykańską
kolędę wyciągnęła jednocześnie rękę. Zdębieliśmy, zamurowało nas,
zatkało. Co się dzieje? Czyżby klosz nieobecnego dziś z nami Geralda
opadł. Czyżby dopadła nas nagle filipińska rzeczywistość. Co nas czeka
jutro?

Oszołomieni wróciliśmy do domu Geralda. Jego mama uraczyła nas kolacją,
poszliśmy spać, by rano wziąć rzeczy i ruszyć autobusem do stolicy
kraju – Manili. Nie wiedzieliśmy nawet, że w tym czasie w Manili
wybuchła kolejna bomba.



W CHIŃSKIEJ PASZCZY KAPITALIZMU – HONG KONG

25.11.2007 :: 00:00 Komentuj (0)

Moment przekraczania granicy między Chinami a Hong Kongiem jest
momentem fascynującym. Nawet Szanghaj, z którego przyjechałam pociągiem
do Shenzen, leżącego na granicy, nie daje takiej obietnicy
nowoczesności, futuryzmu i wielkomiejskiego zgiełku. Miałam świadomość,
że to będzie coś niezwykłego, bardziej niż Londyn czy Nowy Jork. Hong
Kong był dla mnie synonimem nowoczesności.
Aby zaoszczędzić nieco
grosza, warto pojechać pociągiem nie prosto do HK, lecz do granicy, do
Shenzen. Pociąg taki wychodzi sporo taniej, odprawa paszportowa jest
bardzo szybka (no chyba że urządzenia badawcze zamontowane gdzieś po
drodze wyczują, że masz gorączkę, która być może wywołana jest ptasią
grypą) a tuż za bramką graniczną czeka już stacja szybkiej kolejki.
Stąd dojazd do serca Kowloonu trwa 30 minut, a na wyspę Hong Kong – 35.


Ktoś, kto szuka taniego noclegu w HK ma do wyboru dwa miejsca –
Chungking Mansion lub Mirandor Mansion, dwa sąsiadujące ze sobą,
piętnasto piętrowe molochy, na których prawie każdym piętrze znajduje
się jakiś hostel, prywatna kwatera, kafejka internetowa, jadłodajnia,
krawiec i spore stadko karaluchów. Kiedy spojrzeć na wewnętrzne
podwórko budynku, widok okazuje się być powalający – jest to plątawisko
rur, suszącej się bielizny, kurzu, brudu, jakichś szmat i nie wiem
czego jeszcze. Futuryzm rodem z Blade Runnera lub Blade’a, lepszego
porównania nie mam. Mimo, że najtańsze, miejsce to oferuje noclegi za
minimum 80 HK dolarów (ok. 30 zł) za łóżko w wieloosobowej sali, z
łazienką wielkości toalety na wąziutkim korytarzu. Warto wspomnieć, że
tak liczne hostele powstały w małych chińskich mieszkankach…Co ciekawe,
w każdym budynku są dwie windy – jedna jedzie na piętra parzyste, a
druga na nieparzyste. Przed obiema o każdej porze dnia ustawia się
długa kolejka, i czasem trzeba czekać nawet 20 minut, żeby dostać się
na swoje piętro. O północy winda jest już nieczynna i trzeba szukać
windy alternatywnej ukrytej z tyłu budynku.

Znajdujemy z moim chłopakiem nocleg na 13. piętrze Mirandor Mansion.
Szybko się tam instalujemy prosząc jednocześnie właściciela, aby
zarezerwował naszej czwórce znajomych, która wkrótce ma przybyć,
czteroosobowy pokój. Ruszamy na podbój Hong Kongu.

Najpierw jednak trzeba coś zjeść. I znów, nie ma tańszego i lepszego
miejsca na przekąskę czy obiad, jak parter dwóch wspomnianych budynków.
Parter każdego jest ogromny i mieści mnóstwo knajpek, małych barów,
sklepików z pamiątkami. Główną specjalnością są wszędzie dania z Indii
i Pakistanu. Nigdzie indziej samosy i burfi nie smakowały tak dobrze.

Faktycznie, harmider uliczny, wielgachne budynki, nowoczesne metro,
mnóstwo sklepów ze sprzętem fotograficznym, pamiątkami i przekąskami,
tłumy tłumy naprawdę wielkie tłumy ludzi, to wszystko uderzyło nas,
stanęliśmy początkowo jak wryci, widząc to całą masę wszystkiego. Metro
zawiozło nas z Tsim Tsa Tsui – serca Kowloonu, gdzie mieszkaliśmy – na
wyspę Hong Kong, która z perspektywy drugiego brzegu wyglądała
imponująco z tłumem szklanych wieżowców, drapiących dumnie niebo. Sama
wyspa, wbrew wszelkim opowieściom nie wydała się nam już taka
imponująca, tam można już było poczuć się momentami jak na ulicy Oxford
w Londynie, czy też na Manhattanie. Wielką uciechą były natomiast
tramwaje – piętrusy, którymi jeździliśmy namiętnie wzdłuż wybrzeża,
nimi tez dotrzeć można poza centrum do dzielnic, gdzie znów harmider
uliczny, zapach chińszczyzny, tłok i wielkie mieszkalne wieżowce
mieszczące chyba tysiące małych mieszkanek pozwoliły nam się odnaleźć.
Warto dodać, że to co nas od pierwszego momentu poraziło w tym mieście,
zwłaszcza na Kowloonie, to nie ta spodziewana nowoczesność, lecz coś,
czego chyba nigdzie na świecie nie ma – wielkiej mieszanki europejsko –
azjatyckiej, w której czuć silny zapach zwycięstwa orientu, gdzie
również jak nigdzie indziej w Chinach czuć słabnący nacisk zachodu. To
świat, o którym nadal marzy sporo Chińczyków, którzy zgadzają się
mieszkać w swoich ciasnych pokoikach, aby żyć w tym świecie, a przede
wszystkim – robić pieniądze.

Fascynujące. Jednak dwóch dniach spędzonych w tętniącym zbyt szybko
sercu kapitalistycznego świata rządzonego chińskimi zasadami, po
obowiązkowym zaliczeniu licznych targowisk ze wszystkim w okolicach
Mong Kok, poczuliśmy się bardzo zmęczeni. Ponieważ tegoż wieczoru
przylatywała z Londynu czwórka naszych znajomych, postanowiliśmy
spędzić dzień na wyspie Landau, która znajduje się w odległości 15
minut autobusem od lotniska. Wysiadając na wyspie z metra najpierw
widzi się niekończące się monstrualne osiedla, znów pełne małych
chińskich mieszkań, dalej kolejkę wysokogórską, której trasa wiedzie na
dużej wysokości wokół sporego obszaru terytorium HK, a jeszcze dalej
spotyka się reklamę autobusu, który zawieźć nas może do wielkiego
Buddy. My jednak chcieliśmy odrobiny spokoju ruszyliśmy więc na spacer
daleko za wielkie bloki, ciekawi co nas tam spotka. Po
kilkunastominutowym spacerze i pokonaniu kilku pagórków, znaleźliśmy
się nad wodą. Poruszając się po drewnianym pomoście ciągnącym się
wzdłuż brzegu, znaleźliśmy się w starej wiosce rybackiej. Najpierw
trzeba było przejść koło knajpy, z której wyganiał nas ostry zapach
ryb, a przed którą, przy stoliku siedziała grupka dobrze sobie znanych
osób popijających leniwie wódkę. Jaki inny przedstawiali oni widok niż
Tsim Tsa Tsui. Nagle poczuliśmy się, że wróciliśmy do Chin i jesteśmy w
małym miasteczku, gdzieś daleko. Otoczyła nas cisza, woda, góry, łodzie
rybackie wkopane w muł przybrzeżny i stare, rozwalające się drewniane
chaty. Niesamowity był widok wielkich blokowisk sterczący nad ta cichą
wioską. Nowe i stare, wielkie i małe, ciche i głośne, ciasnota i
przestrzeń. I kto z tej wioski chciałby zamieszkać na 30. piętrze w
małym pokoiku? Cóż może tylko dla widoków z okna.

Przyszedł czas, by ruszyć w stronę lotniska. Znajomi przylecieli o
czasie, lecz musieliśmy czekać na nich dodatkową godzinę, bo odprawa
wysiadających z samolotu, mieszczącego 500 osób, musiała trochę
potrwać. Zaciągnęliśmy ich do Mirandor Mansion, gdzie na 13. piętrze
właściciel zapomniał o naszej prośbie o rezerwacje miejsc. Dziesięć
pięter niżej znaleźliśmy wolny 4-osobowy pokój, gdzie ulokowaliśmy
chłopaków, a byli to trzej Ślązacy mieszkający w UK – Grześ, Michał i
Mati – oraz nasz wspólny filipiński kolega – Gerald.

A to niespodzianka – hostel, do którego się przemieściliśmy, na 3.
piętrze Mirandor Mansion, prowadzony jest przez Filipinkę, Gerald mógł
sobie pogadać. Razem z moim chłopakiem Krzysiem zostaliśmy
zainstalowani w sześcioosobowym pokoju, w którym mieszkały trzy bardzo
sympatyczne Filipinki…wkrótce okazuje się, że prostytutki. Umawianie
się z klientem np. o 4 nad ranem było przez trzy noce naszą stałą
pobudką.

Chłopaki mają więcej szczęścia. Dostają taniutki pokój z balkonem
wychodzącym na ruchliwą Nathan Road, skąd pół nocy obserwujemy Zycie
nocne miasta – prostytutki, handlarze narkotyków i kradzionych ubrań i
biżuterii. Tak przedstawia się nocne życie pod Mirandor i Chungking
Mansjon. Nasze współlokatorki nie są pewnie jedynymi prostytutkami
mieszkającymi w tych budynkach.

Chłopakom, żądnym atrakcji turystycznych Hong Kongu zaproponowałam
przepłyniecie promem Star Ferry na wyspę Hong Kong (najtańszy sposób
dostania się na drugi brzeg, a dodatkowo bardzo przyjemny) i podróż
turystycznym tramwajem po zboczu wzgórza Wiktorii. Duża kolejka do
tramwaju nie odstraszyła nas, a podróż była dosyć ekscytująca, ponieważ
tramwaj ten jedzie momentami po bardzo stromym, prawie pionowym zboczu.
Na samej górze jest raczej nudnawo, ale widok wart jest tej krótkiej
podróży, a spacer krętymi ścieżkami w dół zainteresuje każdego
miłośnika roślinności tropikalnej. W mojej podróży było to pierwsze
zetknięcie z taka roślinnością. Gerald widząc moje zainteresowanie,
wprawnym okiem wyszukiwał ciekawe okazy, nazywał mi je i o nich
opowiadał. W końcu z takimi roślinami wychował się, mieszkając w małej
wiosce pod Agoo na Filipinach. Nie karzcie mi jednak przypominać sobie
tych nazw. Zapamiętałam jedynie taka oto ciekawostkę, że roślina
bananowca ma poza owocami inną część jadalną – duży różowy twardy
kwiat, który nazywają na Filipinach „hard of banana”.

Kolejny dzień to kolejne atrakcje. Czwórka naszych kolegów zgodnym
chórem poparła pomysł wizyty w Ocean Park, gdzie poza oceanarium,
pandami i licznym ptactwem kolorowym i egzotycznym, zabawić się można
na roller-costerach i innych sprzyjających zawałom atrakcjach. Krzysiek
zrezygnował, ja odważnie pojechałam. Pandy były słodkie, ale niestety
nie na wolności, kolorowe papugi wspaniałe, ale najciekawsza była
kolejka, która przewiozła nas z jednej części parku do drugiej (inaczej
nie da się tam dostać). Zamknięci w piątkę w szklanej kuli zawieszonej
na wysokości kilkudziesięciu metrów, ponad zielonymi wzgórzami,
czuliśmy się dość niepewnie, a niektórzy z nas byli nawet wystraszeni.
Była to ekscytująca i bardzo malownicza podróż. Potem jeszcze parę
wielkich i strasznych roller – costerów…. I tyle.

Następnego dnia lecieliśmy wszyscy razem do Manili, gdzie odebrać nas
miał brat Geralda i zabrać do jego rodzinnego domu pod Agoo w Północnym
Luzonie. W Hong Kongu spędziliśmy w sumie 5 dni.

Jednak nasz pierwszy pobyt w tym miejscu (koniec listopada 2007) miał
swoją kontynuację. Podróż zatoczyła koło i w lutym 2008 roku, kończąc
azjatycka podróż, z prawdopodobnie jakimś pasożytem w brzuchu,
schorowani i na antybiotykach, wróciliśmy do Hong Kongu, aby tanimi
(niestety, już nieistniejącymi) liniami Oasis Hong Kong polecieć do
Europy. Tym razem, ze względu na śnieg, który zasypał całe południowe
Chiny oraz okres świąteczny (czyli Chiński Nowy Rok, który trwa cały
tydzień), musieliśmy zdecydować się na samolot do Schengen. Po
przekroczeniu granicy skierowaliśmy nasze kroki na Tsim Tsa Tsui.
Właściwie to mieliśmy plan udać się prosto do jednego ze znanych nam
hoteli, ale pod Chungking Mansion zatrzymał nas pewien Indus i krzycząc
„Polska Polska” zaoferował nam wyjątkowo tanią dwójkę (cóż, sezon się
kończył, więc czas na zniżki), za tyle co w listopadzie dwa łóżka w
sali wieloosobowej. Mówił, że to dlatego, ze ma znajomych w Polsce i ma
sentyment. Pomysł okazał się trafiony – Chungking okazał się budynkiem
trochę czystszym niż Mirandor, na korytarzach nie spotykało się już
tych monstrualnych karaluchów rodem z Nagiego Lunchu. Ale pokój jak
wszędzie był dość obskurny.

Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że w lutym w HK jest bardzo chłodno.
Zdziwiło nas to przede wszystkim dlatego, że koniec listopada był tu
upalny. Tak gwałtowne ochłodzenie nie zdarza się tu zazwyczaj i wynikło
prawdopodobnie z anomalii pogodowych (ogromne, niespotykane od ponad
stu lat w tej części Chin opady śniegu i mrozy), jakie miały miejsce na
południu Chin w tym czasie.

Postawiliśmy na sprawdzoną już w kilku miastach świata naszą ulubioną
rozrywkę – Muzeum Techniki. Muzeum w wersji HK okazało się być
trafionym wyborem – bawiliśmy się tam jak dzieci przez kilka godzin. W
jednej z sal był duży wyświetlacz, na którym wyświetlano populację w
najbardziej zaludnionych krajach świata. Cyferki zmieniały się co
chwila, to rosnąc, to malejąc. Z fascynacją obserwowaliśmy skale
szepcząc do siebie „Patrz, ktoś właśnie umarł w Indonezji.. o, a ktoś
urodził się w Stanach Zjednoczonych”.

Ostatnie zakupy na Mong Kok, ostatni spacer po deptaku w Kowloonie tuż
przy przystani Star Ferry, patrząc na piękny krajobraz wyspy Hong Kong
…. I koniec. Lecimy do domu. Z żalem.

W cztery tygodnie dookoła Chin

10.11.2007 :: 07:00 Komentuj (0)

Jak
dobrze spożytkować przeznaczone na Chiny cztery tygodnie? Gdzie
pojechać, aby mieć poczucie, że było się wszędzie, że poznało się wiele
i uzyskało kwintesencję chińskości, odnalazło tajemnicę tego dziwnego
świata? Te pytania zadałam sobie planując podróż przez Chiny, która
była jakąś częścią dłuższej podróży, jednak sporą częścią – nie można
przecież przejechać przez ten kraj, większy od powierzchni Europy, w
kilka dni, zaliczając jedynie znane, zatłoczone miasta wschodniego
wybrzeża. Wyszłam z założenia, że tajemnicę, której szukam, odkryję
gdzie indziej, z dala od industrialnego, zeuropeizowanego świata
Szanghaju i Hongkongu. Choć i tym miastom nie udało się oprzeć.





Po kilkudniowym pobycie w Pekinie (a historię tego pobytu można było tu
wcześniej przeczytać), zmęczeni (ja i mój chłopak Krzysiek) hałasem
miasta i wszędobylską gorączka olimpijską zdecydowaliśmy się na krok
drastyczny – podróż pociągiem 3000 km na zachód. Nie mieliśmy do tej
pory do czynienia z chińskim transportem kolejowym, co napawało nas
dodatkową ekscytacją. Z biletami poszło stosunkowo łatwo. Co prawda pan
w okienku dworcowym na pytanie: Do you speak english? Odpowiedział
szyderczym śmiechem i słowami no english, no english, ale po ukazaniu
nazwy Liuyuan w postaci krzaczków w naszym przewodniku i kartki z
napisaną datą i godziną odjazdu bez problemu wydał bilety. I tak oto
ruszyliśmy do Liuyuan, z którego trzeba jeszcze złapać busa lub
taksówkę do Dunhuang, którego okolice, a przede wszystkim jaskinie
Mogao, były naszym celem podróży.

Należy pamiętać, że taksówka w Chinach bywa świetna alternatywą dla
autobusów. Wystarczy poczekać, aż zbierze się komplet pasażerów i
podróż wypada bardzo tanio.

Pociągi chińskie okazują się być wspaniałym, wygodnym i stosunkowo
tanim środkiem transportu, podróżując najtańszą klasą ma się do
dyspozycji łóżko, pościel i gorącej wody pod dostatkiem. Najtańsze są
łóżka położone najwyżej (każdy rząd posiada trzy lóżka na ścianie, a w
„przedziale” bez drzwi jest w sumie 6 łóżek. To taki rosyjski
plackartnyj, jednak chińska wersja jest nowocześniejsza i
czystsza…tylko łóżka krótkie), najdroższe są łóżka parterowe.

Do Dunhuangu, niewielkiej miejscowości, otoczonej pustynią, na granicy
prowincji Gansu i Xinjiang ( dawnego Turkiestanu Wschodniego),
docieramy o 6 rano. W przewodniku znajdujemy jedyny tani hotel – Five
Rings – który faktycznie jest niedrogi (30 zł za dwójkę) ale mroczny,
brudny i obskurny. Pracownicy nie mówią po angielsku, więc
porozumiewamy się na migi. Tu po raz pierwszy spotykamy się z
koniecznością wypełnienia karty meldunku tymczasowego. Hotel, jak
wszystkie pewnie w Chinach, posiada wersję angielską tej karty.
Dunhuang nie jest miastem specjalnie ciekawym, chociaż dzielnica
mongolsko-muzułmańska zaciekawiła nas różnorodnością mieszkających tu
nacji, wielkim bazarem pełnym zapachu przypraw, owoców i herbaty,
atmosferą lenistwa i gry w chińskie szachy na rozstawionych na ulicy
stoliczkach. W okolicy miasteczka znajdują się największe atrakcje:
piaszczyste wydmy Gobi z Księżycowym Jeziorkiem i mnóstwem wielbłądów,
ogrodzone w ramach parku narodowego oraz jaskinie Mogao, które uważa
się za jedno z najwspanialszych odkryć archeologicznych Wschodu.
Dodatkowym atutem jest stosunkowo niewielka, ze względu na położenie
geograficzne, popularność jaskiń. Wielkich tłumów tam nigdy nie ma
(więcej zobaczyć ich można wspinających się na wydmy Gobi), niestety
zwiedzać jaskinie trzeba z przewodnikiem i małą grupką turystów
(oczywiście – chińskich). Zdjęć robić nie wolno.

Jaskinie Mogao to pierwsze znane buddyjskie świątynie, założone około
366 r. n.e. przez mnicha Lie Zun. W sumie powstało ich tu około
tysiąca, przetrwało sześćset, a oglądać można, ze względu na ich stan i
stopień przyzwoitości, zaledwie kilkanaście. Ponieważ jaskinie
powstawały przez setki lat, w poszczególnych obiektach zauważyć można
wpływy buddyjskie, taoistyczne, hinduskie, muzułmańskie a nawet
bizantyjskie, gdzie Budda momentami bardziej wygląda jak Jezus.
Jaskinie są pięknie i misternie zdobione, a w niektórych znajdują się
monstrualnie wielkie posągi siedzącego, czy leżącego Buddy. Pozostaje
mieć nadzieję, że kiedyś będzie można zobaczyć jaskiń więcej. Mimo to
oglądanie nawet tych niewielu jaskiń było dla mnie czymś wyjątkowym,
arcydziełem sztuki, świadectwem wielkości kultury Chin, na którą wpływ
miało tak wiele najeżdżających bądź mieszkających tu nacji.

Nasz pobyt w Dunhuangu trwał dwa dni i to nam starczyło, aby poszaleć w
piasku, zobaczyć jaskinie Mogao i obejrzeć miasto. Z naszym hotelem
sąsiadowała Shirley Cafe, która ma angielskie menu, tanie i smaczne
jedzenie, również wegetariańskie. Można tam również wypożyczyć rowery i
skorzystać z Internetu. Dla chętnych właściciel organizuje wycieczki po
okolicy, której my tylko mały fragment poznaliśmy. Myślę, że warto
byłoby zostać tu na dłużej. My jednak wsiedliśmy trzeciego dnia busa,
aby w Liuyuan wsiąść w pociąg do stolicy Gansu – Lanzhou. Ponieważ
martwiliśmy się, że możemy mieć problem próbując kupić bilety na pociąg
na dworcu w Liuyan na chwilę przed odjazdem, jeden jedyny raz
skorzystaliśmy z usług rządowego biura turystycznego CITS, gdzie za
niewielką (5 zł) prowizją kupiliśmy bilety dzień wcześniej.

Do stolicy prowincji Gansu, Lanzhou, postanowiliśmy przyjechać na
chwilę w drodze do Xian. Później jednak, zaciekawieni tybetańską wioska
Xiahe, położoną kilka godzin od miasta, zdecydowaliśmy się pojechać
również tam. Lanzhou warte jest krótkich odwiedzin przede wszystkim ze
względu na tutejsza mieszankę kulturowa (przede wszystkim
przedstawiciele muzułmańskiego ludu Hui), oraz wielka Huang He - Żółtą
Rzekę, której brzegi są kolebką chińskiej cywilizacji, która jest jedna
z ważniejszych i jedna z największych rzek chińskich. Spływa ona z
Wyżyny Tybetańskiej, przez Lanzhou i płynie ku morzu Chińskiemu przez
całe Chiny. Mimo tych zalet Stolica Gansu jest hałaśliwym i bardzo
zanieczyszczonym miastem – trudno tam oddychać. Znajdujemy tani (30 zł)
hotel blisko dworca autobusowego, który jest bardzo elegancki, ale
szybko odkrywamy, że….w ładnej, nowej łazience nie ma wody. Przez
dłuższą chwilę próbujemy dowiedzieć się w recepcji, dlaczego. Pani,
widząc, że nie rozumiemy co mówi, postanawia…napisać nam to samo po
chińsku. Nie ostatni raz spotykamy się z założeniem, że jeśli ktoś nie
rozumie mowy chińskiej, na pewno zrozumie pismo. Prawdopodobnie wynika
to z olbrzymiej różnorodności dialektów, zwłaszcza w mieście położonym
na styku tak wielu kultur (Gansu sąsiaduje z Tybetem i, jak już
wspomniałam, byłym Turkiestanem Wschodnim). Po wodę trzeba było iść na
ulicę.

Z samego rana udaliśmy się na dworzec, na którym dzień wcześniej miła
pani mówiąca po angielsku, powiedziała, której odjeżdża autobus do
Xiahe, wioski tybetańskiej, gdzie znajduje się jedna z najważniejszych
świątyń lamaistycznych w Chinach. Po drodze do Xiahe znajdują się
wioski i miasteczka zamieszkałe głównie przez muzułmanów. Podróż
zajmuje około 4-5 godzin. Tanich noclegów jest na miejscu całe mnóstwo.
Są to z reguły skromne sale wieloosobowe ogrzewane wieczorami.

Położone na wysokości 3000 m. n.p.m. na skraju Wyżyny Tybetańskiej
Xiahe, zamieszkałe jest w połowie przez Tybetańczyków, w połowie przez
Chińczyków i posiada niezapomniany skarb – klasztor Labrang, największy
klasztor tybetański znajdujący się obecnie poza Tybetem. Do Labrang
pielgrzymują przez cały rok tysiące Tybetańczyków z całego kraju, na
ulicach w ciągu dnia panuje gwar, gdy mieszkańcy rozkładają swoje
stragany ze wszystkim. Teren klasztorny jest olbrzymi na tyle, że warto
pożyczyć sobie rower, obiekty świątynne, w tym imponująca złota stupa,
są warte obejrzenia, a głód nasycić można w skromnej ale wyjątkowo
smacznej restauracji Gesar. Pracują w niej miłe Tybetanki, serwujące
spory wybór wegetariańskich potraw i pyszną jaśminową herbatę.
Spodobało się nam tu na tyle, że postanowiliśmy zostać dodatkowy dzień,
aby powspinać się po okolicznych pagórkach i górach, z których roztacza
się ciekawy widok na okolice. Klasztor z tej perspektywy jawi się jako
dziwna, wielka układanka.

Ze szczerym żalem opuszczamy wioskę, w której chcieliśmy pozostać na
dłużej, dla ciszy, uśmiechu, mnisiej, ascetycznej ale jakże kolorowej i
roześmianej atmosfery. My jednak znowu gonimy – tym razem do Xian.

Xian to była stolica Cesarstwa Chińskiego (1000r.p.n.e.-1000r.n.e.),
jedno z najstarszych miast, które znajduje się na trasie Jedwabnego
Szlaku. Obecnie Xian jest 5-milionowym, jednym z najbardziej
rozwiniętych miast chińskich. Jego stara część otacza autentyczny mur z
epoki Ming. Wszystko pięknie, ale w rzeczywistości Xian, do którego
przybywają rzesze turystów ze względu na odkrytą pod miastem Terakotowa
Armię, jest po prostu jednym z bardzo zurbanizowanych,
zanieczyszczonych, zalanych betonem i szkłem aglomeracji, co po kilku
dniach w Xiahe było dla nas zbyt dużym kontrastem. Odwiedziliśmy
Terakotową Armię przypadkowo odkopaną w 1974 roku przez dwóch
wieśniaków, która jest imponująca ale tysiące fleszy i podekscytowanych
krzyków wokół ekspozycji burzy atmosferę historii.

Nie zmienia to faktu, że warto zobaczyć to miejsce , gdzie nadal
odkopuje się kolejne fragmenty komór wypełnionych terakotowymi rzeźbami
żołnierzy stojących na straży grobowca cesarza Qin Shi Huanga. Do tej
pory zdołano odsłonić czwarta część jednej z komór, w której znajduje
się ok. 8000 żołnierzy (każdy o rozmiarach około 180cm) - na razie
odkopano ich ponad 1000. Terakotowa Armia była jednym z największych
odkryć historycznych w Chinach, a prezentuje się niesamowicie,
zwłaszcza, że każdy z terakotowych żołnierzy ma inne rysy twarzy,
masowo wykonano jedynie korpusy, wygląd głów wzorując
najprawdopodobniej na prawdziwych żołnierzach.

Można w Xian znaleźć kawałek nie napuszonej historii, wystarczy udać
się do dzielnicy muzułmańskie, która, jak na razie, w każdym mieście,
była naszym ratunkiem przed hałasem cywilizacji. Tutaj zaszyć się można
z zapachu starych chińskich domów, tradycyjnych potraw, pamiątek i
śpiewu ptaków w klatkach. W Chinach bowiem starsi ludzie wychodzą na
spacer, lub pograć w szachy, ze swoimi ptakami w klatkach. Ustawiają te
klatki jedna obok drugiej i wkrótce okolice wypełnia ich głośna
rozmowa. Szybko opuszczamy Xian, następny przystanek – Pingyao..

Do tego niewielkiego miasteczka przybyliśmy o 6 nad ranem. Przywitała
nas mgła i totalna ciemność. 300 metrów od dworca zaczynają się mury
otaczające stara część miasteczka,

po której, jak potem się przekonaliśmy, można spacerować bez końca, w której ludzie żyją

wciąż tak, jak żyło się tu 100 lat temu, a przynajmniej sprawiają takie
wrażenie. Zwłaszcza kiedy te ciche, spokojne stare domy osnute są mgłą.
Mgiełka ta nadaje tajemniczości postaciom spacerującym cicho ulicami,
bądź handlującym wszelakimi rzeczami. Każdy zaułek, każda brama jest
wielkim zaskoczeniem, bo w nich spotkać można absurdalność przedmiotu –
oto starta rzeczy przykryta płachta przytrzymywaną przez kamień, która
wygląda jak piękna królowa w koronie, gdzie indziej parasol zwisający z
sufitu tuż nad górą śmieci…Wszystkie pensjonaty i knajpki przyciągają
ciszą, kameralnością i wszędobylskim w Chinach aromatem jaśminowej
zielonej herbaty.

Podczas jednego spaceru zobaczyliśmy strojny orszak, otoczony muzykami grającymi wesołą

muzykę. Orszak ten przybrany kolorowymi papierowymi kwiatami wyglądał
tak radośnie, ze zaraz złapałam za aparat i udałam się za orszakiem. Z
bliska jednak okazało się ze to .. pogrzeb.

Po takim wyciszeniu zapragnęliśmy trochę hałasu w wielkim stylu i
ruszyliśmy w podróż do Szanghaju, jednego z symboli chińskiego rozwoju
techniki i nowoczesności. I faktycznie, wzrok nasz przyciągają
zamaszyste wieżowce, Perła Wschodu i widok z promenady Bund na
dzielnicę biznesową po drugiej strony rzeki Huangpu. Najpierw jednak
spać! O co łatwo nie jest. W Szanghaju warto zarezerwować sobie nocleg
wcześniej, jeśli nie chce się, tak jak my, biegać z plecakami po
mieście przez dwie godziny i wylądować w hotelu z pokojami bez okien,
co, notabene, jest w Chinach częstym elementem tanich noclegów. Trzeba
sobie nastawiać budzik, żeby nie przespać całego dnia.

Opętani żądzą futurystycznej rzeczywistości pierwszy dzień spędziliśmy
na napawaniu się atmosferą Pudongu – biznesowej dzielnicy – na
spacerach po centrum i przejażdżką dziwaczną i mało ekscytująca kolejką
po rzeką Huangpu. Miasto jest zatłoczone, ale jednocześnie przyciąga i
zamracza swoją atmosferą odrobinę europejską, czego być może przez
chwilę potrzebowaliśmy. Znużeni tym jednak w miarę szybko wyruszyliśmy
na spotkanie wyburzanej konsekwentnie starej części miasta, z której
faktycznie niewiele zostało i chociażby dlatego trzeba tam się udać.
Stary Szanghaj, w samym sercu miasta, stale wyburzany, gdzie nadal
znajdują się bazary cuchnące rybą i owocami morza, targowisko ptaków,
ryb i kwiatów, gdzie sprzedaje się znowu wszystko i gdzie spotkać można
ostatnie warsztaty rzemieślnicze i drewniane, walące się domy – tego
Szanghaju już wkrótce nie będzie, niedługo nikt nie będzie go pamiętał.
My zauroczeni byliśmy tą okolica tak skrzętnie zabudowywana wokół
szklanymi wieżowcami. Dwa skrajnie różne światy, o jednym Szanghaj
próbuje na dobre zapomnieć, zastępowany przez Fast-foody, ulice
sklepowych uciech i drogie europejskie piekarnie (co nawiasem mówiąc
bardzo nas cieszyło, bo Chleba w Chinach nie ma).

W Szanghaju zabawiliśmy cztery dni, które nie były stracone. Poczuliśmy
ostatni dech starych Chin i popatrzyliśmy na to, jak Chiny zmieniają
się, i jak gwałtowna jest to przemiana. Za kilka godzin spotkamy się z
największą chińska hybrydą – autonomicznym obszarem Hong Kongu. Ale….to
już przecież nie Chiny.











PEKIN - ZAKAZANA STOLICA

01.11.2007 :: 05:00 Komentuj (0)

Do kraju czerwonych lampionów, ryżu, klusek i neonów przybyłam po kilku
tygodniach spędzonych najpierw w Rosji, a potem w Mongolii. Z Ułan
Batoru wsiadłam do pociągu jadącego do granicy, aby znaleźć się w
pierwszym na mojej drodze chińskim miasteczku – Erlian. Tu trzeba tylko
było złapać busa lub autobus do Pekinu. O ich znalezienie trudno nie
jest – na wysiadających z pociągu czeka cała chmara naganiaczy i
kilkanaście busików. Zadowoleni ze sprawnego transportu chińskiego,
wsiadamy do busa…po to, by oglądać Erlian z jego okien przez kolejne 4
godziny. Kierowca co rusz wymyślał kolejne powody: idźcie sobie na
obiad, odjedziemy o pełnej godzinie, pojedźmy jeszcze po
benzynę…dopiero przyciśnięty do muru przez jadących z nami Mongołów,
wyznał, ze brakuje mu jeszcze 3 osób do rozpoczęcia kursu. Inaczej mu
się nie opłaca. Po wielu perypetiach, próbie kupienia biletów na
autobus publiczny, wylądowaliśmy po paru godzinach w jeepie razem z
trójką poznanych już Mongołów, jednego Chińczyka wracającego do domu i
dwójki właścicieli jeepa, którzy byli lekko stuknięci. Nie che
zanudzać, ale to ni koniec opowieści. Otóż mieliśmy dojechać do Pekinu
w kilka godzin. W efekcie nie jest to możliwe, ponieważ noca kierowcy
tirów ustawiają się na autostradzie, żeby sobie pospać. Nie, nie, nie
zjeżdżają na pobocze, tak jak jechali, stają nagle i idą spać. A my,
niestety razem z nimi – w jeepie, w 8 osób…O szóstej rano tiry ruszyły,
a my za nimi. Poranne krajobrazy górskie, Chiński Mur pod Pekinem
wynagrodziły nam trudy podróżnicze. Przed południem dojechaliśmy do
celu.


Jak mówią przewodniki, warto znaleźć nocleg w dzielnicy Qianmen,
która jest klimatyczna i pełno tam tanich hosteli. To prawda. My
wybraliśmy polecony przez UB Guest Mouse z Mongolii Leo Hostel. Za
łóżko w czystej, estetycznej i zimnej Sali czteroosobowej płaci się 55
yaunów. Jak na Pekin – bardzo tanio. Hostel ma niezłą tanią restaurację
(ale na jej podłodze spotkać można robale kuchenne), wypożyczalnię
rowerów, propozycję wycieczek i brudne łazienki. Mimo to dobrze
wspominamy to miejsce dobre przede wszystkim na samotnych podróżników
szukających nowych znajomych i dobrej zabawy. Sama dzielnica Qianmen
pełna jest gwaru, knajpek i ulicznych handlarzy, którzy chyba nigdy nie
śpią. Warto pospacerować tu, zajrzeć na nocny targ pełen dziwności,
pooglądać wachlarze i pędzle do tuszu na pięknych wystawach, zjeść
jakieś uliczne danie, albo pieczone kasztany, które kupić można
wszędzie. Warto też odwiedzić jakąś herbaciarnię, gdzie wieczorami
odbywają się występy, m.in. usłyszeć można śpiewaków operowych, którzy
mi uświadomili, że do opery chińskiej raczej nie pójdę. Na sympatyczne
występy i degustację słodkości i zielonej herbaty zaprasza na przykład
Lao She Tea House.


Po Pekinie warto poruszać się bardzo sprawnym, wygodnym i
wyjątkowo tanim metrem (bilet, bez względu na odległość – 2 yuany).
Miasto żyje oczywiście olimpiadą. Przy placu Tiananmen zainstalowano
zegar odmierzający czas pozostały do rozpoczęcia igrzysk, a sklepy
pełne są olimpijskich gadżetów. Plac Niebiańskiego Spokoju, mi
kojarzący się przede wszystkim z rozegraną tu w 1989 roku tragedią,
oszałamia tłumem ludzi, pielgrzymujących do mauzoleum Mao z całego
kraju, gwarem turystów i sprzedawców oraz mieszkańców miasta. Wielki
plac codziennie zapełniają setki tysięcy ludzi. Wrażenie jest
niesamowite i trochę przytłaczające.



W Pekinie można spędzić kilka miesięcy. Wtedy pewnie poznałoby się
wszystkie atrakcje. Ze względu na ograniczoną ilość czasu (na Chiny
miałam jeden miesiąc) postanowiłam spędzić w Pekinie pięć dni.
Pierwszego postanowiłam zobaczyć Park i Świątynię Nieba. Park jest
idealnym miejscem dl każdego, kto ma ochotę uciec od gwaru i tłocznych
ulic stolicy. To tu właśnie Pekińczycy ćwiczą tai chi o różnych porach
dnia, biegają i spotykają się na spacer. Miejsce jest spokojne do
czasu, aż dojdzie się do znajdujących się w centrum świątyń – tu po raz
pierwszy tak naprawdę zdaję sobie sprawę z liczebności narodu
chińskiego oraz z jego zamiłowania do turystyki zorganizowanej. Tysiące
turystów, wszyscy w czerwonych koszulkach i czerwonych czapeczkach (nie
wiem jakim cudem oni wiedza która grupa jest ich a która nie),
spacerują głównym królewskim traktem w centrum parku. Białe twarze,
mimo, że jest ich wiele, gubią się w tej nieskończonej masie Azjatów.
Ciężko w takich warunkach docenić urodę niebiańskiej świątyni.



Z samego ranka drugiego dnia pobytu postanowiłam udać się na Mur
Chiński. Leo Hostel organizuje transport, który jest na tyle tani, że
nie ma sensu szukać miejskiego autobusu. Postanowiłam wybrać się do
Mutianyu, gdzie znajduje się trochę mniej nawiedzany przez tłumy
fragment tej niesamowitej budowli. Mimo to trzeba tu przyjechać o 7
rano, żeby móc przez dwie godziny spokojnie podziwiać zapierające dech
w piersiach krajobrazy i architekturę tego cudu świata. Wielki Mur jest
naprawdę wielki, wspaniały, robi niesamowite wrażenie i mimo, że jest
to oklepana atrakcja, i tak warto tam pojechać. Nikt tego nie pożałuje.
Co prawda rażą trochę :ulepszenia typu kolejka ławkowa wjeżdżająca na
górę muru i zjeżdżalnia, ale kiedy ucieknie się kilometr w prawo,
dojdzie się do nie odrestaurowanego fragmentu muru. Krajobrazy wokół –
zielone, porośnięte drzewami wzgórza, które jesienią przybierają
wszystkie barwy, i ośnieżone szczyty na drugim planie, skłaniają do
pozostania na murze jak najdłużej. Niestety, o 11 na murze ciężko
przepychać się przez tłumy.


Kolejna atrakcja i kolejne zmagania z tłumem – tym razem w
kompleksie pałacu cesarskiego Gugong, zwanego Zakazanym Miastem.
Centralne punkty obiektu robią wrażenie głośnego jarmarku, kiedy jednak
schować się w mniejsze uliczki cesarskiego miasta, mimo sporej ilości
ludzi napotkać można kameralność, stare i piękne dworskie domy,
ceramiczne ozdoby na ścianach i dachach, ciekawe rzeźby. Niestety,
Chiny stawiają na kicz - wchodząc do zakazanego Miasta przez główną
bramę od strony placu Niebiańskiego Spokoju, turysta natyka się na
sieciową kawiarnię Starbucks. Można tego uniknąć, wchodząc bocznym
wejściem. Wystarczy od głównej bramy skierować się na prawo, iść jakiś
czas wzdłuż muru, skręcić przy najbliższej okazji w lewo, i idąc
uliczką pełną starych sklepików i galerii dojść w końcu do drugiego
wejścia. Napotkać po drodze można jakiegoś chłopaka, który zaprosi do
ciekawej galerii – sporo tam kiepskich kopii chińskiego malarstwa
tradycyjnego, ale kilka perełek tam dostrzegłam.


Spacerując ulicami Pekinu nie trudno nie można nie zauważyć
ciągnących się wzdłuż chodników wysokich murów. Kto ciekawski od razu
chce sprawdzić, co jest po ich drugiej stronie. Rzeczywistość po
drugiej stronie ceglanych murów ukazuje drugie oblicze miasta,
skrzętnie przez władze ukrywany – jest to świat biednych szarych ludzi
i ich zrujnowanych, popadających w ruinę domów. Tego turysta, patrzący
na świat zza okna taksówki, spędzający czas w drogich restauracjach, ma
nie zobaczyć. Krajobraz jest naprawdę smutny – w na pół zawalonych
domach, często nie ogrzewanych i bez dostępu bieżącej wody i
elektryczności, mieszkają ludzie, których bieda nie pasuje do wizerunku
światowej stolicy.



Będąc w stolicy warto również odwiedzić kolorową i pełną życia klasztor
tybetański Yonghe Gong, w którym dym kadzideł oszałamia a
bezpretensjonalny sposób bycia mieszkających tu mnichów wzbudza
sympatię. Rząd chiński pozwala na istnienie placówki, mającej być
dowodem na tolerancję rządu w stosunku do mniejszości religijnych. Po
zwiedzeniu wspaniałych i dobrze utrzymanych obiektów, które turyści
spoza Azji, ze względu na solidarność z Tybetem, lubią odwiedzać (to
jedyny obiekt turystyczny Pekinu, gdzie białe twarze stanowią
dominującą większość), warto pospacerować po okolicznych uliczkach,
będących jednymi z najstarszych w mieście. Dobre to miejsce również na
zakup pseudo staroci chińskich, jest ich tu mnóstwo.



Mój ostatni przystanek pekiński to Pałac Letni. Aby tam dotrzeć, trzeba
poświęcić trochę czasu, jeśli nie chce się wydawać pieniędzy na drogą
taksówkę. Ja pojechałam metrem, aby po godzinie dotrzeć do bram jednego
z urokliwszych zakątków Pekinu (taki pekiński Wilanów;)). Pałac Letni
to olbrzymi parkowy teren z dużym jeziorem Kunming, gdzie można
spacerować cały dzień. Warto pooglądać pawilony dworskie i wspaniałe
budowle pałacowe umieszczone na wzgórzu. Z ich szczytu roztacza się
wspaniała panorama Pekinu i okolic. Warto odwiedzić jeden z pawilonów,
w którym co godzina odbywają się ładne, choć niezbyt ciekawe występy
tańca i muzyki tradycyjnej.


Nadszedł czas wyjazdu. Bilet na pociąg warto kupić kilka dni
wcześniej. Sposoby SA dwa – w każdym hotelu można zamówić bilet płacąc
za taka usługę od 5 (Pekin) nawet do 20 (Xian) złotych. Można dojść do
wniosku, że dorosły człowiek umie sobie sam kupić bilet i pójść na
dworzec osobiście. Oczywiście w kasie nikt nie będzie mówił po
angielsku. Warto mieć przewodnik, w którym obok nazwy polskiej, czy
angielskiej miasta znajduje się zapis po chińsku. Należy takie krzaczki
pokazać w okienku, potem na kartce napisać datę i godzinę odjazdu
pociągu. Nikomu nie polecam próbować samemu powiedzieć nazwy z zapisu
fonetycznego z przewodnika – nic to nie da. Miesiąc zajęło mi nauczenie
się właściwego tonu w powitaniu „ni hao”, a sesje (dziękuję) to dla
mnie nadal słowo nie do powiedzenia – moje niezdarne próby często
komentowane były rozbawionym śmiechem odbiorcy.



MONGOLIA - DZIKOŚĆ SERCA

12.10.2007 :: 10:30 Komentuj (0)

Do Mongolii przyjechałam znad Bajkału a dokładnie ze stolicy Buriacji –
Ułan Ude. Podróż taka trwa pociągiem aż 24 godziny, z czego około 7
godzin stoi się przed granicą. Po mniej więcej tym czasie, po przejściu
dwóch odpraw granicznych, pierwszej – formalnej i sztywnej, drugiej już
zupełnie wyluzowanej – znalazłam się razem z moim chłopakiem Krzyśkiem
w Ułan Bator. Ponieważ nie zorganizowaliśmy sobie noclegu, a pociąg
przyjechał o 6 rano, trochę martwiliśmy się, jak dotrzeĆ do poleconego
nam przez znajomą UB Guesthouse. Nasze zaskoczenie było ogromne, kiedy
zobaczyliśmy na dworcu człowieka z kartką UB Guesthouse, który
przyjechał po kogoś innego, ale przy okazji zgarnął tez nas i Finke
Heidi, z którą wylądowaliśmy w pokoju, na wyprawie na Gobi, a później w
tym samym hotelu w Pekinie.

Już pierwszego dnia ustaliliśmy, że chcemy jak najszybciej wyruszyć na
Gobi. Zdecydowaliśmy się na usługi taniego UB Guesthouse, gdzie łóżko w sali kosztuje 5 dolarów, a dzień wyprawy na Gobi – 25 dolarów (w tych
kosztach mieści się transport gazikiem, kierowca, benzyna, nocleg,
śniadanie i kolacja, oraz suchy prowiant który dokupiliśmy).
Wyruszyliśmy już na drugi dzień po przybyciu do UB.



Nasza podróż trwała 7 dni i poza naszą wesołą dwójką brali w niej
udział: Finka Heidi, Irlandczyk Owen, Mark z Alaski i nasz mongolski
kierowca Bajra. Spędzaliśmy około 6 godzin, każdego dnia, w
samochodzie, spaliśmy w gościnnych jurtach (które są kolorowe, pełne
mebli pomalowanych tradycyjnie w ludowe wzory i z piecem, w którym pali
się suszona wielbłądzią kupą), prowadzonych przez rodziny Nomadów,
piliśmy tradycyjna herbatę mongolska, która jest bardzo słona i
mleczna, jedliśmy tradycyjne mongolskie potrawy (choć w wersji
wegetariańskiej, o co łatwo nie było), nie wspominając o wspaniałym,
bardzo różnorodnym krajobrazie stepowo-pustynnym. Zawsze piękne,
błękitne niebo (podobno na Gobi przez 255 dni roku nie ma zachmurzenia),
odcienie złota, żółci, fioletu, zwierzęta, takie jak orły, gazele,
lisy, konie i wielbłądy - dlatego właśnie Gobi warta jest poznania.



Nasza podróż obejmowała następujące miejsca: granitowe skały Baga
Gazrin Chuulu, gdzie w XIX wieku żyło i medytowało dwóch mnichów
buddyjskich, czerwone skały Ulaan Suvraga, miasteczko Dalanzadgad,
jedyne miejsce, gdzie można było wziąć prysznic w publicznej „łaźni” i
skorzystać z elektryczności, Lodowa Dolinę w paśmie górskim Gurvan
Saikhan Nuuru, gdzie po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, z powodu
silnych deszczy, nie było lodu, Sand Dune, największa chyba na świecie
piaszczysta wydma w Parku Narodowym Kolchoryn-Els i Bayandzag, słynące
z Płonących Klifów i olbrzymiego cmentarzyska dinozaurów, gdzie nawet
dziś samemu odnaleźć można fragmenty ich szczątków.



Każde odwiedzone przez nas miejsce było wyjątkowe, inne a każdego dnia
krajobraz za oknem (mimo, że wciąż przemierzaliśmy pustynie Gobi) był
inny, od martwych i cichych pożółkłych traw, przez niewielkie rude
wzniesienia, niewielkie wioski i oazy, góry, aż po jedne z
najwspanialszych wydm piaskowych, na które niezmiernie ciężko się
wdrapać, zwłaszcza, kiedy lodowaty wiatr rzuca wciąż piaskiem w oczy.
Mogliśmy się przyjrzeć nomadowemu życiu, którego nie mogłam nie
zazdrościć – minimum potrzeb, maksimum wolności. Oto lekarstwo na
szczęście i pogodę ducha.



Po podróży wróciliśmy mocno niedomyci do UB. Kolejne parę dni
poświęciliśmy z Krzyśkiem na zwiedzanie muzeum etnograficznego i
historii Mongolii oraz kilku klasztorów, przede wszystkim Gandan z
wielką złotą rzeźbą Buddy w głównej świątyni. Postanowiliśmy również
spróbować kumysu – alkoholu przygotowywanego ze sfermentowanego mleka
końskiego lub wielbłądziego. Najlepiej poszukać w centrum miasta jurty,
a koło niej pana z beczkami pełnymi tego uderzającego do głowy napoju,
którego smak jest kwaśny i ostry, a którego w jurcie dostaje się pełną
miskę za ok. 1,5 złotego. Udaliśmy się również na słynny Black Market,
jednak sporo się spóźniliśmy (na ten bazar trzeba przyjść wcześnie
rano) i prawie wszystko było już pozamykane.



Zmęczona miastem wybrałam się na jeden dzień do Parku Narodowego
Gorkij-Terelj słynącego z dziwacznych form skalnych i dzikich
krajobrazów. Tym razem również zdecydowałam się na pomoc UB Guesthouse.
Pobyt w parku trwał od dokładnie 24 godziny, obejmował nocleg w jurcie,
wszystkie posiłki i jazdę na koniu po terenie parku. Wszystko za 35
dolarów. Park jest rozległy, skały rzeczywiście dziwaczne, a na terenie
mieszka sporo Mongołów którzy zajmują się utrzymywaniem parku w
czystości i opieką nad przyjeżdżającymi tu, jak ja, turystami. Wszystko
super, ale konie na których ja, i pozostała piątka panów z różnych
stron świata jeździliśmy, wyglądały na regularnie bite i wymęczone.
Kiepsko.

Kiedy ja oddawałam się radościom przyrodniczo- krajoznawczym, Krzysiek
poznawał bogate nocne życie Ułan Batoru razem z Amgalanem, mówiącym po
polsku znajomym naszej koleżanki Mongolistki.



W Mongolii spędziliśmy zaledwie dwa tygodnie. To zdecydowanie za mało
na ten olbrzymi różnorodny kraj. Musieliśmy zrezygnować z podróży na
północ, gdzie akurat szalała epidemia czarnej ospy. Warto więc przed
podróżą się doinformować.

Do Mongolii na pewno jeszcze wrócimy np. na lipcowy festiwal Nadaam
oraz dla północnych jezior oraz zachodnio-południowych, najdzikszych
ostępów pustyni, gdzie malownicze góry Ałtaj kuszą.





BAJKAł Z PERSPEKTYWY STRONY BURIACKIEJ

12.10.2007 :: 10:00 Komentuj (0)

Większość podróżników wybiera się nad
jezioro Bajkał koleją transsyberyjską, będącą jedną z najpiękniejszych
tras kolejowych na świecie. Większość osób wybiera tez Irkuck, a
stamtąd jedzie nad Bajkał do Listwianki, tam, gdzie rzeka Angara bierze
swój początek. Cóż, ja chyba nie lubię robić tego co wszyscy. Z całej
trasy kolei zrezygnowałam, a nad Bajkał wybrałam się do
tajemniczej wsi Gremjacińsk.



Aby dostać się nad to najgłębsze i najstarsze jezioro świata w miarę
szybko, wystarczy dostać się pociągiem do Moskwy, a potem polecieć do Irkucka samolotem. Tak też zrobiłam, rozpoczynając
w ten sposób kilkumiesięczną magiczną podróż przez Azję.
Aeroflot
to bardzo droga linia lotnicza, ja znalazłam tanie rosyjskie
linie – s7. Za 500 złotych od osoby można w 5 godzin pokonać kilka
tysięcy kilometrów rosyjskiego pustkowia. Lot ten miał pewną przewagę nad koleją –
zapoznanie się z ciekawym budynkiem terminala przylotów na irkuckim lotnisku. Otóż znalazłam się w
drewnianej budzie bardziej przypominającej oborę, niż hale odpraw.
Ledwo się tam mieścili pasażerowie lotu. Poczułam nagle, że oto
znajduję się w zupełnie innym świecie niż ten, z którego przybyłam.
Zainteresowanych uprzedzę jednak z żalem, że na lotnisku trwa budowa
nowoczesnego szklanego terminala – wkrótce tam będą się odprawy, a
drewnianą budę albo przerobią na toaletę, albo zburzą.


Irkuck miał być pierwszym etapem syberyjskiej przygody. Tu zamierzałam spędzić trochę czasu, oswoić się z tak nagłą dla mnie zimą i pojechać do
Listwianki. Poważnym błędem było to, że nie poszukaliśmy z Krzyśkiem
przed wyjazdem informacji na temat tanich noclegów w mieście. Wyszłam
z założenia, że skoro tyle studentów z Polski przyjeżdża tu na wakacje,
to nie będzie problemu. Zapomniałam jednak, że studenci przyjeżdżają
tu latem pod namioty (tak tak, moi znajomi rozbili namioty w parku w
Irkucku i nad samym Bajkałem). A tu - pada śnieg, temperatura spadła mocno
poniżej zera. Po kilku godzinach spędzonych na szukaniu w mieście
noclegu, po próbach dogadania się z miejscowymi, w końcu po 2 godzinach
spędzonych na Internecie (świetna kafejka na ulicy Lenina), udało 
się dowiedzieć o całkiem niedrogich pokojach…w jakimś szpitalu. Na
miejscu jednak okazało się, że miejsc nie ma i oddelegowana
zostałam do pobliskiego hotelu. Jedynego, jaki do tej pory
zobaczyłam na oczy…i gdzie za pokój dwuosobowy zapłaciliśmy z moim chłopakiem 200 zł. Wszystko
super – sypialnia plus salonik, łazienka…tylko po co?



Po jednej nocy ruszyliśmy na drugą stronę Bajkału do Ułan
Ude. Pociąg mieliśmy wieczorem, zostawiliśmy więc plecaki w dworcowej
przechowalni i postanowiliśmy spędzić cały dzień na spacerowaniu po
Irkucku. Miasto ma wiele uroków i jest niezwykłe przede wszystkim
dlatego, że wygląda jak skansen – połowa zabudowań to drewniane,
stuletnie chałupy, które mieszają się z socrealistycznymi blokami. Cóż,
w końcu to Rosja. Niemniej jednak kilka uliczek było dla nas
niezapomnianych, a samo centrum, ruchliwe, głośne, pełne życia,
zachwyciło nas starą murowaną zabudową i poplątanymi liniami
tramwajowymi, z których wnętrza świetnie, przy mrozie, ogląda się
miasto. Oboje kochamy tramwaje.



Noc spędziliśmy w pociągu. Nie było już też nerwówki, bo znaleźliśmy w
Internecie informację o pensjonacie Złoty Kłos z łóżkami za kilka
złotych. Kiedy jednak dojechaliśmy przed świtem na miejsce i taksówka
zabrała nas do Kłosa, przywitała nas tam tabliczka z napisem „nie ma
miejsc”. Pozostało nam zdać się na łaskę kierowcy, który za 
nieduże pieniądze woził nas godzinę po mieście szukając taniego
noclegu, przy okazji, łamana angielszczyzną wypytując, skąd jesteśmy.
Tak oto poznaliśmy pierwszego w życiu Buriata. W końcu trafiliśmy do
obskurnego „Odonu”, gdzie za 40 zł dostaliśmy obdrapany, śmierdzący
nieco pokój z umywalką. Łazienek na korytarzu nie ma. Przy okazji
poznaliśmy dwójkę Belgów, którzy już od 3 tygodni podróżowali po
miastach i wioskach wzdłuż trasy transsyberyjskiej. Mówili, że nie w
takich już miejscach spali w Rosji. Poczuliśmy się pocieszeni.

Ułan Ude, stolica Buriacji, ludu, których korzenie sięgają najazdów
Czyngis-Hana na te tereny, słynie przede wszystkim z największej na
świece głowy Lenina. Kto jednak liczy na wysublimowaną sztukę, raczej
się zawiedzie. Głowa ta, poza rozmiarem, nie różni się od innych
podobizn przywódcy i bohatera rosyjskiego. Miasto jest nowocześniejsze,
niż Irkuck, drogie hotele spotkać można wszędzie, podobnie jak
odnowione alejki, estetyczne parki i domy towarowe. Pamiętając, jak
drogim miastem był Irkuck, darujemy sobie wszelkie restauracje, żywimy
się rewelacyjnym ciemnym chlebem i białym serem. Czujemy się przez to
trochę jak w domu, choć twarze na ulicach przypominają nam, że to już
„prawdziwa” Azja.

Idziemy do kafejki internetowej, aby dowiedzieć się czegoś o schroniskach nad
Bajkałem. W Listwiance takie tanie noclegownie otwarte są od marca do
września. Po tej stronie Bajkału nie ma ich wcale. Przeklinamy i
obiecujemy sobie, że pobyt w Rosji będzie tym razem krótszy, ale
następnym razem wrócimy na dłużej, latem, pod namiot. Sytuacja nie jest
beznadziejna – w droższych hotelach znajdują się małe biura podróży. W znalezionym przez nas biurze właścicielka mówiła po angielsku i kiedy powiedzieliśmy jej, że
my chcemy nad Bajkał, ale mamy mało pieniędzy, wykazała się
zrozumieniem. Mimo, że biuro zwykle organizuje wyjazdy w pakiecie,
razem z drogim transportem, miła Buriatka powiedziała nam, którym
autobusem dojechać do wsi Gremjacińsk nad jeziorem, gdzie zamówiliśmy
dwie noce w najtańszym pensjonacie, który notabene, wcale nie był dla
nas tani. Mimo to zdecydowaliśmy się pojechać.

Najpierw jednak spędziliśmy jeden dzień na odwiedzinach w Iwołgińsku –
w tej wiosce niedaleko Ułan Ude znajduje się buriacki klasztor
buddyjski. Niewielki, spokojny w tygodniu, w niedzielę pełen był
modlących się wyznawców buddzyzmu, furkot kołowrotków słychać było
wszędzie, za ogrodzeniem zaś powiewały na drzewach tysiące kolorowych
chorągiewek. Klasztor wciąż rozbudowuje się, na pewno więc będzie się z
roku na rok powiększać i pięknieć. W głównej świątyni kupić można muzykę
medytacyjną nagraną w tym klasztorze, popatrzeć na kilkadziesiąt małych
podobizn Buddy i jedną wielką rzeźbę, przed którą składane sa ofiary, w postaci monet, papierowych pieniędzy, cukierków.



Na drugi dzień spakowaliśmy się i ruszyliśmy nad upragniony od dawna
Bajkał. Wioska Gremjacińsk okazała się być spokojną, zamieszkałą przez rosyjskich
przesiedleńców i złożoną z kilkunastu chat ostoją dla tych, którzy
poszukują spokoju. Nasz pensjonat, położony na samym końcu wsi pozwalał
jeszcze dosadniej ten spokój odczuć. Ponieważ był to koniec sezonu, byliśmy jedynymi
gośćmi pensjonatu i Gremjacińska. Od razu pognałam nad jezioro,
spragniona jego niezwykłości, tajemnicy głębi, szumu jego fal. Poczułam
się jak nad morzem – fale uderzały z dużą siła o piasek na plaży, w
oddali góry, wzdłuż brzegu las, stare łodzie i opuszczone stodoły przy
brzegu i bezkresny horyzont. A do tego mocne słońce i czyste niebo.
Późną jesienią, jaką jest początek października, roślinność jest tu już
prawie zupełnie zrudziała, co przy zachodzących słońcu wygląda, jakby
wszystko wokół płonęło.

Kolejny dzień poświęciłam na całodzienną wędrówkę wzdłuż brzegu jeziora.
W Gremjacińsku pożegnały mnie dzieciaki, strzelając  z patyków,
oraz….rosyjska wycieczka objazdowa. Wspięłam się na jakieś strome
wzgórze, aby spojrzeć na Bajkał z szerszej perspektywy. Kiedy dotarłam
na szczyt odkryłam, że tuz za nim.. buduje się autostrada. Widok na
Bajkał był z tej perspektywy wspaniały, jeszcze bardziej czuło się nieskończoność
jeziora. Pogoda zaś dopisała, więc ze spokojnego spaceru, wypełnionego
wieloma kilometrami, oglądaniem syberyjskich roślin i puszczaniem
kaczek, wracam wieczorem…prosto do ruskiej bani – czyli sauny, gdzie czekają brzozowe witki, którymi biczujemy się oboje po
plecach. Ruska sauna to dla nas trochę za wiele – tu temperatura
utrzymuje się na poziomie 90 stopni Celsjusza.


Po dwóch dniach tu spędzonych pakujemy się i wracamy do Ulan Ude by
złapać pociąg do Ułan Bator- stolicy Mongolii. Mróz jest coraz
silniejszy…





archiwum

2017
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007

kategorie

China(15)
Articles(10)
Hungary(10)
Phillipines(8)
Malaysia(7)
Mongolia(5)
Laos(5)
Russia(4)
Cambodia(4)
Hong Kong(2)
Poland(1)
Sweden(1)
Tujako-jodłaki or two cats in my house:)(0)
Paintings and drawings(0)

linki

Luizy wykwity malarskie
Crullu w drodze do Afganistanu
Światowy portal turystyczny
Hostelowy niezbednik
Dan i Audrey z Usa tez tuptajacy po swiecie
SlavekBrzoska tez tuptupta
Moje i nie tylko opowieści ze świata
dużo pięknych kotków do oddania u Jany
© 2003-2007 copyright ownlog.com