Bloggg

01.10.2007 :: 17:30 Komentuj (6)

Blog zaczyna się od podróży wspaniałej, kilkumiesięcznej, poprzez dzikie stepy Azji Północnej, poprzez straszliwe upały Azji Południowo-Wschodniej. Warto pooglądać i poczytać.

Ale to nie koniec i końca mam nadzieję, nie będzie.

Nazywam się Luiza Poreda i będę wrzucać tu moje fotograficzne tym razem, wykwity myślowe.

Zainteresowanych malarskimi wyczynami mojego prawego pędzla zwanego ręką zapraszam tu:
www.luizaporeda.doop.pl


Moskwa, 3 pazdziernika 2007

05.10.2007 :: 12:38 Komentuj (2)


Podroz pociagiem sypialnym to sama przyjemnosc, lozeczka wygodne, a na dworcu w Brzesciu atrakcja byla dwugodzinna wymiana kol:), podczas ktorej niezle nas wytrzeslo, ale za to dostalismy piwo;). Po szybkiej podrozy  wyladowalismy na Dworcu Bialoruskim. Stamtad teleport na Dworzec Pawelecki, gdzie zostawilismy bagaze i kupilismy bilety na "Airport Express". Niedrogo i szybko. Przedtem jednak mamy kilka godzin na zwiedzanie Moskwy.
A Moskwa, jakze obiecujaco zachwalana jako wielka europejska metropolia, na nas zrobila wrazenie...duuzego Lwowa - dwupietrowa zabudowa, praktycznie brak wiezowcow (poza wielkimi blokowiskami), babuszki z pomidorkami na ulicach...dobry klimat. Kasie na pewno to zainteresuje - spoznilismy sie na ogladanie jakze pieknie i codziennie namietnie balsamowanych zwlok Lenina:). Zamiast isc na Kreml powloczylismy sie po uliczkach, popodgladalismy ikony w cerkwiach - piekne.
Wieczorem pojechalismy na lotnisko Domadedovo, skad o 23.25 lecielismy do Irkucka.





Gorki Park

Wielki Brat patrzy


Irkuck, 5-6 pazdziernika 2007

05.10.2007 :: 12:45 Komentuj (0)







 
Irkuck to prawdziwy dziewietnastowieczny skansen. Urocza postkomunistyczna architektura miesza sie ze starymi drewnianymi i bardzo zniszczonymi domami. A pomieszczenie odpraw na lotnisku to drewniana budka...heh:)
Temperatura jest minusowa, pada deszcz, noclegi kosztuja masakrycznie duzo. W piatek postanowilismy  wyruszyc pociagiem nocnym do Ulan Ude, stolicy Buriacji. Stamtad bedzie juz tylko 500km do Ulan Bator w Mongolii.

BAJKAł Z PERSPEKTYWY STRONY BURIACKIEJ

12.10.2007 :: 10:00 Komentuj (0)

Większość podróżników wybiera się nad
jezioro Bajkał koleją transsyberyjską, będącą jedną z najpiękniejszych
tras kolejowych na świecie. Większość osób wybiera tez Irkuck, a
stamtąd jedzie nad Bajkał do Listwianki, tam, gdzie rzeka Angara bierze
swój początek. Cóż, ja chyba nie lubię robić tego co wszyscy. Z całej
trasy kolei zrezygnowałam, a nad Bajkał wybrałam się do
tajemniczej wsi Gremjacińsk.



Aby dostać się nad to najgłębsze i najstarsze jezioro świata w miarę
szybko, wystarczy dostać się pociągiem do Moskwy, a potem polecieć do Irkucka samolotem. Tak też zrobiłam, rozpoczynając
w ten sposób kilkumiesięczną magiczną podróż przez Azję.
Aeroflot
to bardzo droga linia lotnicza, ja znalazłam tanie rosyjskie
linie – s7. Za 500 złotych od osoby można w 5 godzin pokonać kilka
tysięcy kilometrów rosyjskiego pustkowia. Lot ten miał pewną przewagę nad koleją –
zapoznanie się z ciekawym budynkiem terminala przylotów na irkuckim lotnisku. Otóż znalazłam się w
drewnianej budzie bardziej przypominającej oborę, niż hale odpraw.
Ledwo się tam mieścili pasażerowie lotu. Poczułam nagle, że oto
znajduję się w zupełnie innym świecie niż ten, z którego przybyłam.
Zainteresowanych uprzedzę jednak z żalem, że na lotnisku trwa budowa
nowoczesnego szklanego terminala – wkrótce tam będą się odprawy, a
drewnianą budę albo przerobią na toaletę, albo zburzą.


Irkuck miał być pierwszym etapem syberyjskiej przygody. Tu zamierzałam spędzić trochę czasu, oswoić się z tak nagłą dla mnie zimą i pojechać do
Listwianki. Poważnym błędem było to, że nie poszukaliśmy z Krzyśkiem
przed wyjazdem informacji na temat tanich noclegów w mieście. Wyszłam
z założenia, że skoro tyle studentów z Polski przyjeżdża tu na wakacje,
to nie będzie problemu. Zapomniałam jednak, że studenci przyjeżdżają
tu latem pod namioty (tak tak, moi znajomi rozbili namioty w parku w
Irkucku i nad samym Bajkałem). A tu - pada śnieg, temperatura spadła mocno
poniżej zera. Po kilku godzinach spędzonych na szukaniu w mieście
noclegu, po próbach dogadania się z miejscowymi, w końcu po 2 godzinach
spędzonych na Internecie (świetna kafejka na ulicy Lenina), udało 
się dowiedzieć o całkiem niedrogich pokojach…w jakimś szpitalu. Na
miejscu jednak okazało się, że miejsc nie ma i oddelegowana
zostałam do pobliskiego hotelu. Jedynego, jaki do tej pory
zobaczyłam na oczy…i gdzie za pokój dwuosobowy zapłaciliśmy z moim chłopakiem 200 zł. Wszystko
super – sypialnia plus salonik, łazienka…tylko po co?



Po jednej nocy ruszyliśmy na drugą stronę Bajkału do Ułan
Ude. Pociąg mieliśmy wieczorem, zostawiliśmy więc plecaki w dworcowej
przechowalni i postanowiliśmy spędzić cały dzień na spacerowaniu po
Irkucku. Miasto ma wiele uroków i jest niezwykłe przede wszystkim
dlatego, że wygląda jak skansen – połowa zabudowań to drewniane,
stuletnie chałupy, które mieszają się z socrealistycznymi blokami. Cóż,
w końcu to Rosja. Niemniej jednak kilka uliczek było dla nas
niezapomnianych, a samo centrum, ruchliwe, głośne, pełne życia,
zachwyciło nas starą murowaną zabudową i poplątanymi liniami
tramwajowymi, z których wnętrza świetnie, przy mrozie, ogląda się
miasto. Oboje kochamy tramwaje.



Noc spędziliśmy w pociągu. Nie było już też nerwówki, bo znaleźliśmy w
Internecie informację o pensjonacie Złoty Kłos z łóżkami za kilka
złotych. Kiedy jednak dojechaliśmy przed świtem na miejsce i taksówka
zabrała nas do Kłosa, przywitała nas tam tabliczka z napisem „nie ma
miejsc”. Pozostało nam zdać się na łaskę kierowcy, który za 
nieduże pieniądze woził nas godzinę po mieście szukając taniego
noclegu, przy okazji, łamana angielszczyzną wypytując, skąd jesteśmy.
Tak oto poznaliśmy pierwszego w życiu Buriata. W końcu trafiliśmy do
obskurnego „Odonu”, gdzie za 40 zł dostaliśmy obdrapany, śmierdzący
nieco pokój z umywalką. Łazienek na korytarzu nie ma. Przy okazji
poznaliśmy dwójkę Belgów, którzy już od 3 tygodni podróżowali po
miastach i wioskach wzdłuż trasy transsyberyjskiej. Mówili, że nie w
takich już miejscach spali w Rosji. Poczuliśmy się pocieszeni.

Ułan Ude, stolica Buriacji, ludu, których korzenie sięgają najazdów
Czyngis-Hana na te tereny, słynie przede wszystkim z największej na
świece głowy Lenina. Kto jednak liczy na wysublimowaną sztukę, raczej
się zawiedzie. Głowa ta, poza rozmiarem, nie różni się od innych
podobizn przywódcy i bohatera rosyjskiego. Miasto jest nowocześniejsze,
niż Irkuck, drogie hotele spotkać można wszędzie, podobnie jak
odnowione alejki, estetyczne parki i domy towarowe. Pamiętając, jak
drogim miastem był Irkuck, darujemy sobie wszelkie restauracje, żywimy
się rewelacyjnym ciemnym chlebem i białym serem. Czujemy się przez to
trochę jak w domu, choć twarze na ulicach przypominają nam, że to już
„prawdziwa” Azja.

Idziemy do kafejki internetowej, aby dowiedzieć się czegoś o schroniskach nad
Bajkałem. W Listwiance takie tanie noclegownie otwarte są od marca do
września. Po tej stronie Bajkału nie ma ich wcale. Przeklinamy i
obiecujemy sobie, że pobyt w Rosji będzie tym razem krótszy, ale
następnym razem wrócimy na dłużej, latem, pod namiot. Sytuacja nie jest
beznadziejna – w droższych hotelach znajdują się małe biura podróży. W znalezionym przez nas biurze właścicielka mówiła po angielsku i kiedy powiedzieliśmy jej, że
my chcemy nad Bajkał, ale mamy mało pieniędzy, wykazała się
zrozumieniem. Mimo, że biuro zwykle organizuje wyjazdy w pakiecie,
razem z drogim transportem, miła Buriatka powiedziała nam, którym
autobusem dojechać do wsi Gremjacińsk nad jeziorem, gdzie zamówiliśmy
dwie noce w najtańszym pensjonacie, który notabene, wcale nie był dla
nas tani. Mimo to zdecydowaliśmy się pojechać.

Najpierw jednak spędziliśmy jeden dzień na odwiedzinach w Iwołgińsku –
w tej wiosce niedaleko Ułan Ude znajduje się buriacki klasztor
buddyjski. Niewielki, spokojny w tygodniu, w niedzielę pełen był
modlących się wyznawców buddzyzmu, furkot kołowrotków słychać było
wszędzie, za ogrodzeniem zaś powiewały na drzewach tysiące kolorowych
chorągiewek. Klasztor wciąż rozbudowuje się, na pewno więc będzie się z
roku na rok powiększać i pięknieć. W głównej świątyni kupić można muzykę
medytacyjną nagraną w tym klasztorze, popatrzeć na kilkadziesiąt małych
podobizn Buddy i jedną wielką rzeźbę, przed którą składane sa ofiary, w postaci monet, papierowych pieniędzy, cukierków.



Na drugi dzień spakowaliśmy się i ruszyliśmy nad upragniony od dawna
Bajkał. Wioska Gremjacińsk okazała się być spokojną, zamieszkałą przez rosyjskich
przesiedleńców i złożoną z kilkunastu chat ostoją dla tych, którzy
poszukują spokoju. Nasz pensjonat, położony na samym końcu wsi pozwalał
jeszcze dosadniej ten spokój odczuć. Ponieważ był to koniec sezonu, byliśmy jedynymi
gośćmi pensjonatu i Gremjacińska. Od razu pognałam nad jezioro,
spragniona jego niezwykłości, tajemnicy głębi, szumu jego fal. Poczułam
się jak nad morzem – fale uderzały z dużą siła o piasek na plaży, w
oddali góry, wzdłuż brzegu las, stare łodzie i opuszczone stodoły przy
brzegu i bezkresny horyzont. A do tego mocne słońce i czyste niebo.
Późną jesienią, jaką jest początek października, roślinność jest tu już
prawie zupełnie zrudziała, co przy zachodzących słońcu wygląda, jakby
wszystko wokół płonęło.

Kolejny dzień poświęciłam na całodzienną wędrówkę wzdłuż brzegu jeziora.
W Gremjacińsku pożegnały mnie dzieciaki, strzelając  z patyków,
oraz….rosyjska wycieczka objazdowa. Wspięłam się na jakieś strome
wzgórze, aby spojrzeć na Bajkał z szerszej perspektywy. Kiedy dotarłam
na szczyt odkryłam, że tuz za nim.. buduje się autostrada. Widok na
Bajkał był z tej perspektywy wspaniały, jeszcze bardziej czuło się nieskończoność
jeziora. Pogoda zaś dopisała, więc ze spokojnego spaceru, wypełnionego
wieloma kilometrami, oglądaniem syberyjskich roślin i puszczaniem
kaczek, wracam wieczorem…prosto do ruskiej bani – czyli sauny, gdzie czekają brzozowe witki, którymi biczujemy się oboje po
plecach. Ruska sauna to dla nas trochę za wiele – tu temperatura
utrzymuje się na poziomie 90 stopni Celsjusza.


Po dwóch dniach tu spędzonych pakujemy się i wracamy do Ulan Ude by
złapać pociąg do Ułan Bator- stolicy Mongolii. Mróz jest coraz
silniejszy…





Ulan Ude i Datsan w Iwolginsku

12.10.2007 :: 10:11 Komentuj (0)






Jedziemy do wsi Iwolginsk, niedaleko Ulan Ude, gdzie znajduje sie buriacki Datsan - buddyjski kompleks swiatynny.



 


 



 


Ulan Ude - tu juz czuc powiew azjatyckosci, przede wszystkim z powodu buriackich facjacji. Miasto jest nieduze, raczej nudne, slynie za to z najwiekszej na swiecie glowy Lenina. Znajdujemy mila restauracje mongolska o nazwie Modern Nomad, gdzie popijamy herbatke. Co do hotelu - niezly obskur, a wcale nie jakis super tani...Jak to w Rosji bum.


Gremjacinsk nad Bajkalem

12.10.2007 :: 10:27 Komentuj (1)


 


 








 

W poniedzialek, 8go pazdziernika, jedziemy nad Bajkal, niestety pod namiot sie nie da, wiec trzeba zaplacic za pokoj w pensjonacie, ktory, notabene, jest super (tyle ze znowu bije po kieszeni): drewniane domki, ladne pokoje i ruska bania, z suszonymi galazkami brzozy do biczowania sie po plecach:D. Pelen relaksik.


 


 


MONGOLIA - DZIKOŚĆ SERCA

12.10.2007 :: 10:30 Komentuj (0)

Do Mongolii przyjechałam znad Bajkału a dokładnie ze stolicy Buriacji –
Ułan Ude. Podróż taka trwa pociągiem aż 24 godziny, z czego około 7
godzin stoi się przed granicą. Po mniej więcej tym czasie, po przejściu
dwóch odpraw granicznych, pierwszej – formalnej i sztywnej, drugiej już
zupełnie wyluzowanej – znalazłam się razem z moim chłopakiem Krzyśkiem
w Ułan Bator. Ponieważ nie zorganizowaliśmy sobie noclegu, a pociąg
przyjechał o 6 rano, trochę martwiliśmy się, jak dotrzeĆ do poleconego
nam przez znajomą UB Guesthouse. Nasze zaskoczenie było ogromne, kiedy
zobaczyliśmy na dworcu człowieka z kartką UB Guesthouse, który
przyjechał po kogoś innego, ale przy okazji zgarnął tez nas i Finke
Heidi, z którą wylądowaliśmy w pokoju, na wyprawie na Gobi, a później w
tym samym hotelu w Pekinie.

Już pierwszego dnia ustaliliśmy, że chcemy jak najszybciej wyruszyć na
Gobi. Zdecydowaliśmy się na usługi taniego UB Guesthouse, gdzie łóżko w sali kosztuje 5 dolarów, a dzień wyprawy na Gobi – 25 dolarów (w tych
kosztach mieści się transport gazikiem, kierowca, benzyna, nocleg,
śniadanie i kolacja, oraz suchy prowiant który dokupiliśmy).
Wyruszyliśmy już na drugi dzień po przybyciu do UB.



Nasza podróż trwała 7 dni i poza naszą wesołą dwójką brali w niej
udział: Finka Heidi, Irlandczyk Owen, Mark z Alaski i nasz mongolski
kierowca Bajra. Spędzaliśmy około 6 godzin, każdego dnia, w
samochodzie, spaliśmy w gościnnych jurtach (które są kolorowe, pełne
mebli pomalowanych tradycyjnie w ludowe wzory i z piecem, w którym pali
się suszona wielbłądzią kupą), prowadzonych przez rodziny Nomadów,
piliśmy tradycyjna herbatę mongolska, która jest bardzo słona i
mleczna, jedliśmy tradycyjne mongolskie potrawy (choć w wersji
wegetariańskiej, o co łatwo nie było), nie wspominając o wspaniałym,
bardzo różnorodnym krajobrazie stepowo-pustynnym. Zawsze piękne,
błękitne niebo (podobno na Gobi przez 255 dni roku nie ma zachmurzenia),
odcienie złota, żółci, fioletu, zwierzęta, takie jak orły, gazele,
lisy, konie i wielbłądy - dlatego właśnie Gobi warta jest poznania.



Nasza podróż obejmowała następujące miejsca: granitowe skały Baga
Gazrin Chuulu, gdzie w XIX wieku żyło i medytowało dwóch mnichów
buddyjskich, czerwone skały Ulaan Suvraga, miasteczko Dalanzadgad,
jedyne miejsce, gdzie można było wziąć prysznic w publicznej „łaźni” i
skorzystać z elektryczności, Lodowa Dolinę w paśmie górskim Gurvan
Saikhan Nuuru, gdzie po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, z powodu
silnych deszczy, nie było lodu, Sand Dune, największa chyba na świecie
piaszczysta wydma w Parku Narodowym Kolchoryn-Els i Bayandzag, słynące
z Płonących Klifów i olbrzymiego cmentarzyska dinozaurów, gdzie nawet
dziś samemu odnaleźć można fragmenty ich szczątków.



Każde odwiedzone przez nas miejsce było wyjątkowe, inne a każdego dnia
krajobraz za oknem (mimo, że wciąż przemierzaliśmy pustynie Gobi) był
inny, od martwych i cichych pożółkłych traw, przez niewielkie rude
wzniesienia, niewielkie wioski i oazy, góry, aż po jedne z
najwspanialszych wydm piaskowych, na które niezmiernie ciężko się
wdrapać, zwłaszcza, kiedy lodowaty wiatr rzuca wciąż piaskiem w oczy.
Mogliśmy się przyjrzeć nomadowemu życiu, którego nie mogłam nie
zazdrościć – minimum potrzeb, maksimum wolności. Oto lekarstwo na
szczęście i pogodę ducha.



Po podróży wróciliśmy mocno niedomyci do UB. Kolejne parę dni
poświęciliśmy z Krzyśkiem na zwiedzanie muzeum etnograficznego i
historii Mongolii oraz kilku klasztorów, przede wszystkim Gandan z
wielką złotą rzeźbą Buddy w głównej świątyni. Postanowiliśmy również
spróbować kumysu – alkoholu przygotowywanego ze sfermentowanego mleka
końskiego lub wielbłądziego. Najlepiej poszukać w centrum miasta jurty,
a koło niej pana z beczkami pełnymi tego uderzającego do głowy napoju,
którego smak jest kwaśny i ostry, a którego w jurcie dostaje się pełną
miskę za ok. 1,5 złotego. Udaliśmy się również na słynny Black Market,
jednak sporo się spóźniliśmy (na ten bazar trzeba przyjść wcześnie
rano) i prawie wszystko było już pozamykane.



Zmęczona miastem wybrałam się na jeden dzień do Parku Narodowego
Gorkij-Terelj słynącego z dziwacznych form skalnych i dzikich
krajobrazów. Tym razem również zdecydowałam się na pomoc UB Guesthouse.
Pobyt w parku trwał od dokładnie 24 godziny, obejmował nocleg w jurcie,
wszystkie posiłki i jazdę na koniu po terenie parku. Wszystko za 35
dolarów. Park jest rozległy, skały rzeczywiście dziwaczne, a na terenie
mieszka sporo Mongołów którzy zajmują się utrzymywaniem parku w
czystości i opieką nad przyjeżdżającymi tu, jak ja, turystami. Wszystko
super, ale konie na których ja, i pozostała piątka panów z różnych
stron świata jeździliśmy, wyglądały na regularnie bite i wymęczone.
Kiepsko.

Kiedy ja oddawałam się radościom przyrodniczo- krajoznawczym, Krzysiek
poznawał bogate nocne życie Ułan Batoru razem z Amgalanem, mówiącym po
polsku znajomym naszej koleżanki Mongolistki.



W Mongolii spędziliśmy zaledwie dwa tygodnie. To zdecydowanie za mało
na ten olbrzymi różnorodny kraj. Musieliśmy zrezygnować z podróży na
północ, gdzie akurat szalała epidemia czarnej ospy. Warto więc przed
podróżą się doinformować.

Do Mongolii na pewno jeszcze wrócimy np. na lipcowy festiwal Nadaam
oraz dla północnych jezior oraz zachodnio-południowych, najdzikszych
ostępów pustyni, gdzie malownicze góry Ałtaj kuszą.





Ulan Baator, Mongolia, 12 pazdziernika

12.10.2007 :: 10:55 Komentuj (0)


Gandan



 



Pociag z Ulan Ude do Ulan Baator jedzie ponad 24 godziny. Zastanawialismy sie, dlaczego....okazalo sie ze na granicy rosyjskiej i mongolskiej stoi on w sumie 9 godzin. Troche wariujemy z nudow i duchoty w pociagu. Sama odprawa przebiega szybko i bez atrakcji, no moze poza mloda Mongolka, ktora sprawdzajac nasz przedzial, chichra sie w nieboglosy:). Po przyjezdzie do Ulan Baator przekonujemy sie, ze chyba wszyscy Mongolowie sa niezwykle radosni i usmiechnieci.


Mamy szczescie: ktos z UB Guesthouse, do ktorego planowalismy jechac taksa, przyjezdza na peron, aby odebrac pare anglikow. Zabieramy sie, cali szczesliwi, z nimi. Hostel jest swietny: 4-osobowy pokoj, sniadanie, pomoc wszelka, jezykowo - organizacyjna, darmowy internet - wszystko za 5 dolarow za dzien.



Ulan Baator (ok. 1mln mieszkancow, co stanowi 1/3 ludnosci Mongolii), jest miastem sporych kontrastow. Centrum, skupione wokol Peace Avenue, jest nowoczesne, wciaz rozbudowywane, pelne klubow, restauracji, bankow i hoteli. Wystarczy jednak udac sie w kierunku Gandanu, by odkryc ogrodzone "osiedla" starych, walacych sie drewnianych domow oraz jurt. Podobnie jak na Syberii, wszedzie widoczne sa japonskie samochody z kierownica po lewej stronie. Specyfika miasta sa domowe aparaty telefoniczne wystawione na stolikach ulicznych, ludzie w maseczkach, jak w duzych miastach azjatyckich, a kierowcy, mimo swiatel, nie zatrzymuja sie na widok pieszego na pasach.


Pierwsze kroki, po zjedzeniu sniadania, kierujemy do najwiekszego zabytku stolicy Mongolii, klasztoru Gandan. Jest to najwiekszy czynny osrodek buddyjski w tym kraju, jak rowniez siedziba religijnego przywodcy bylego Imprerium Mongolskiego. Dzis uczy sie tam i mieszka kulkuset mnichow z calego kraju.


Wybieramy sie rowniez do Muzeum Historii Naturalnej, gdzie obejrzec mozna imponujace zbiory szkieletow dinozaurow, przywiezione z Gobi. Znajduja sie tam rowniez szczatki pteroczlowieka, czyli pierwotniaka.


UB Guesthouse organizuje wyprawy na Gobi i nie tylko po calkiem przystepnej cenie 20-25 dolarow za dzien (razem z noclegami i wyzywieniem). Najprawdopodobniej jutro wybierzemy sie w taka tygodniowa wyprawe.



Budda w centralnej swiatyni Gandan


 


Pustynia Gobi, 12-19 padziernika 2007

23.10.2007 :: 11:19 Komentuj (2)

 



Na wielblady, dzikie i chodowlane, konie, orly, myszy pustynne, gazele, antylopy, mozna sie bylo napatrzec w naszej podrozy. Nie spominajac o kilkudziesieciu ich szkieletach przez nas odnalezionych.



 



Niebo niedaleko Bayanzag


 



 


 



 


 



Najbardziej znane miejsce na Gobi - Plonace Klify i cmentarzysko dinozaurow


 



 


 



 


 



 


 



Nikt z nas nie musial, na szczescie, spac na tym lozku. Park Narodowy Korchoryn-Els, w tle - wydma.


 



Tedy przepychal sie nasz samochodzik, w drodze z Doliny


 



 


 



Lodowa Dolina, w ktorej zyje cale mnostwo stworow kopytnych, a nawet sniezny dziki kot, ktorego slady na sniegu znalezlismy


 



Pasmo gorskie Gurvan Saikhan Nuuru - w drodze do Lodowej Doliny


 



 


 



Targ w Dalanzadgad


 



Stacja benzynowa, gdzies na pustkowiu


 



 


 



Nasza (niestety tylko na jedna noc) jurta


 



 


 



 


 



Ulaan Suvraga - czerwone skaly


 



 


 



Zdjeci troche rozmazane, ale warto zerknac na tradycyjny meski stroj Nomada.


 



 


 



 


 



Baga Uzrin Chuulu (na gorze)


 



 


 



No i wrocilismy z Gobi. Nasza podroz trwala 7 dni i poza nasza wesola dwojka brali w niej udzial: Finka Heidi, Irlandczyk Owen, Mark z Alaski i nasz mongolski kierowca Bajra. Spedzalismy okolo 6 godzin, kazdego dnia, w samochodzie, spalismy w goscinnych jurtach, prowadzonych przez rodziny Nomadow, pilismy tradycyjna herbate mongolska, ktora jest bardzo slona i mleczna, jedlismy tradycyjne mongolskie potrawy (choc w wersji wegetarianskiej) i przygladalismy sie nomadowemu zyciu. Nie wspominajac o wspanialym, bardzo roznorodnym krajobrazie stepowo-pustynnym.Zawsze piekne, blekitne niebo, odcienie zlota, zolci, fioletu, piekne zwierzeta, ciekawe wzgorza , pagorki i gorki - dlatego wlasnie Gobi warta jest poznania.


Nasza podroz obejmowala nastepujace miejsca: granitowe skaly Baga Gazrin Chuulu, gdzie w XIXwieku zylo i medytowalo dwoch mnichow buddyjskich, czerwone skaly Ulaan Suvraga, miasteczko Dalanzadgad, jedyne miejsce, gdzie mozna bylo wziac prysznic i skorzystac z elektrycznosci, Lodowa Doline w pasmie gorskim Gurvan Saikhan Nuuru, gdzie po raz pierwszy od kilkudziesieciu lat, z powodu silnych deszczy, nie bylo lodu, Sand Dune, najwieksza chyba na swiecie piaszczysta wydma w Parku Narodowym Kolchoryn-Els i Bayandzag, slynace z Plonacych Klifow i olbrzymiego cmentarzyska dinozaurow, gdzie nawet dzis samemu odnalezc mozna fragmenty ich szczatkow.


 

Jurta Nomadowa

23.10.2007 :: 11:38 Komentuj (0)


 


 



 


 



 


 



 


 



 


 



Warto pokazac kilka zdjec z wnetrza jurty. Jest po domek-namiot o roznej ilosci (4-6 chyba) scian, roznej wielkosci i wysokosci. W centrum znajduje sie piec. W tradycyjnej, XIX-wiecznej rodzinie Nomadow, centrum zawsze zajmowala kobieta, miala tam piec, gary, gotowala, pichcila, zajmowala sie tez mniejszymi zwierzetami hodowlanymi, czyli kozami i owcami. Mezczyzna siedzial zawsze przy scianie wschodniej, zajmowal sie na codzien hodowla koni i wielbladow. Byl to tradycyjny, jak i u nas, podzial obowiazkow, choc ponoc we wspolczesnej rodzinie mongolskiej to kobieta podejmuje wszystkie istotne decyzje. :).


Warto rowniez dodac, ze w piecu jurtowym nie pali sie ani drewnem, ani weglem, tylko...suszona kupa wielbladow...zapach nie jest przykry, bardziej przypomina trawe niz odchody. Coz, jest to calkiem sprytne rozwiazanie na pustyni, gdzie drzew nie ma, a w zimowa noz temperatury spadaja do -40 stopni Celsjusza.

Park Narodowy Gorkhi-Terelj, 21 pazdziernika 2007

23.10.2007 :: 11:45 Komentuj (0)

 



 


 



 


 



 


 



 


 



 


 



 


 



Podczas gdy Krzys Postanowil zostac w Ulan Baatar, aby wybrac sie z Amgalanem (mongolski kolega Oli Jezierskiej) i jego bratem na jakas imprezke zakrapiana muzyka i wodka, Luiza, nienasycona wielbicielka przyrody i nomadowego zycia, pojechala z kolejna wesola grupka do Parku Gorkhi-Terelj, 50km od UB, aby poogladac dziwne formacje skalne tam sie znajdujace i pojezdzic na malych mongolskich konikach.

Ulan Baatar, 21-25 pazdziernika 2007

25.10.2007 :: 06:06 Komentuj (0)

 



 


 



 


 



Jedna ze swiatyn w UB


 



W teatrze


 



Grozny Czyngis Khan


 





Widok na Peace Avenue od strony Gandan


Grafika:Flag of the People's Republic of Mongolia (1924-1940).svg


Soyombo, znajdujacy sie na fladze Mongolii, zwieńczony jest płomieniem o trzech wierzchołkach, uważanym za symbol pomyślności i rozkwitu. Słońce i księżyc, zamieszczone poniżej, symbolizują wieczność i wzmacnianie się. Dwie pionowe sciany sa domem, a znajdujace sie posrodku dwie ryby, odnoszace sie do sil ying i yang, symbolizuja kobiete i mezczyzne. Soyombo na fladze mogngolskiej wystepuje w kolorze zlotym.


Kilka dni, ktore spedzalismy w Ulan Baatar, poswiecilismy ponownie swiatyni Gandan, Instytutowi Buddyjskiemu, innym mniejszym swiatyniom, teatrowi oraz Muzemu Sztuki Zanabazara i niezwykle ciekawemu Muzeum Historii Mongolii, z wieloma wersjami pieknej flagi i niezwyklego symbolu Soyombo.


Dzis wieczorem odjezdzamy juz do Erlian w Chinach, stamtad wsiadamy w autobus i zzzziuuum do Pekinu.

PEKIN - ZAKAZANA STOLICA

01.11.2007 :: 05:00 Komentuj (0)

Do kraju czerwonych lampionów, ryżu, klusek i neonów przybyłam po kilku
tygodniach spędzonych najpierw w Rosji, a potem w Mongolii. Z Ułan
Batoru wsiadłam do pociągu jadącego do granicy, aby znaleźć się w
pierwszym na mojej drodze chińskim miasteczku – Erlian. Tu trzeba tylko
było złapać busa lub autobus do Pekinu. O ich znalezienie trudno nie
jest – na wysiadających z pociągu czeka cała chmara naganiaczy i
kilkanaście busików. Zadowoleni ze sprawnego transportu chińskiego,
wsiadamy do busa…po to, by oglądać Erlian z jego okien przez kolejne 4
godziny. Kierowca co rusz wymyślał kolejne powody: idźcie sobie na
obiad, odjedziemy o pełnej godzinie, pojedźmy jeszcze po
benzynę…dopiero przyciśnięty do muru przez jadących z nami Mongołów,
wyznał, ze brakuje mu jeszcze 3 osób do rozpoczęcia kursu. Inaczej mu
się nie opłaca. Po wielu perypetiach, próbie kupienia biletów na
autobus publiczny, wylądowaliśmy po paru godzinach w jeepie razem z
trójką poznanych już Mongołów, jednego Chińczyka wracającego do domu i
dwójki właścicieli jeepa, którzy byli lekko stuknięci. Nie che
zanudzać, ale to ni koniec opowieści. Otóż mieliśmy dojechać do Pekinu
w kilka godzin. W efekcie nie jest to możliwe, ponieważ noca kierowcy
tirów ustawiają się na autostradzie, żeby sobie pospać. Nie, nie, nie
zjeżdżają na pobocze, tak jak jechali, stają nagle i idą spać. A my,
niestety razem z nimi – w jeepie, w 8 osób…O szóstej rano tiry ruszyły,
a my za nimi. Poranne krajobrazy górskie, Chiński Mur pod Pekinem
wynagrodziły nam trudy podróżnicze. Przed południem dojechaliśmy do
celu.


Jak mówią przewodniki, warto znaleźć nocleg w dzielnicy Qianmen,
która jest klimatyczna i pełno tam tanich hosteli. To prawda. My
wybraliśmy polecony przez UB Guest Mouse z Mongolii Leo Hostel. Za
łóżko w czystej, estetycznej i zimnej Sali czteroosobowej płaci się 55
yaunów. Jak na Pekin – bardzo tanio. Hostel ma niezłą tanią restaurację
(ale na jej podłodze spotkać można robale kuchenne), wypożyczalnię
rowerów, propozycję wycieczek i brudne łazienki. Mimo to dobrze
wspominamy to miejsce dobre przede wszystkim na samotnych podróżników
szukających nowych znajomych i dobrej zabawy. Sama dzielnica Qianmen
pełna jest gwaru, knajpek i ulicznych handlarzy, którzy chyba nigdy nie
śpią. Warto pospacerować tu, zajrzeć na nocny targ pełen dziwności,
pooglądać wachlarze i pędzle do tuszu na pięknych wystawach, zjeść
jakieś uliczne danie, albo pieczone kasztany, które kupić można
wszędzie. Warto też odwiedzić jakąś herbaciarnię, gdzie wieczorami
odbywają się występy, m.in. usłyszeć można śpiewaków operowych, którzy
mi uświadomili, że do opery chińskiej raczej nie pójdę. Na sympatyczne
występy i degustację słodkości i zielonej herbaty zaprasza na przykład
Lao She Tea House.


Po Pekinie warto poruszać się bardzo sprawnym, wygodnym i
wyjątkowo tanim metrem (bilet, bez względu na odległość – 2 yuany).
Miasto żyje oczywiście olimpiadą. Przy placu Tiananmen zainstalowano
zegar odmierzający czas pozostały do rozpoczęcia igrzysk, a sklepy
pełne są olimpijskich gadżetów. Plac Niebiańskiego Spokoju, mi
kojarzący się przede wszystkim z rozegraną tu w 1989 roku tragedią,
oszałamia tłumem ludzi, pielgrzymujących do mauzoleum Mao z całego
kraju, gwarem turystów i sprzedawców oraz mieszkańców miasta. Wielki
plac codziennie zapełniają setki tysięcy ludzi. Wrażenie jest
niesamowite i trochę przytłaczające.



W Pekinie można spędzić kilka miesięcy. Wtedy pewnie poznałoby się
wszystkie atrakcje. Ze względu na ograniczoną ilość czasu (na Chiny
miałam jeden miesiąc) postanowiłam spędzić w Pekinie pięć dni.
Pierwszego postanowiłam zobaczyć Park i Świątynię Nieba. Park jest
idealnym miejscem dl każdego, kto ma ochotę uciec od gwaru i tłocznych
ulic stolicy. To tu właśnie Pekińczycy ćwiczą tai chi o różnych porach
dnia, biegają i spotykają się na spacer. Miejsce jest spokojne do
czasu, aż dojdzie się do znajdujących się w centrum świątyń – tu po raz
pierwszy tak naprawdę zdaję sobie sprawę z liczebności narodu
chińskiego oraz z jego zamiłowania do turystyki zorganizowanej. Tysiące
turystów, wszyscy w czerwonych koszulkach i czerwonych czapeczkach (nie
wiem jakim cudem oni wiedza która grupa jest ich a która nie),
spacerują głównym królewskim traktem w centrum parku. Białe twarze,
mimo, że jest ich wiele, gubią się w tej nieskończonej masie Azjatów.
Ciężko w takich warunkach docenić urodę niebiańskiej świątyni.



Z samego ranka drugiego dnia pobytu postanowiłam udać się na Mur
Chiński. Leo Hostel organizuje transport, który jest na tyle tani, że
nie ma sensu szukać miejskiego autobusu. Postanowiłam wybrać się do
Mutianyu, gdzie znajduje się trochę mniej nawiedzany przez tłumy
fragment tej niesamowitej budowli. Mimo to trzeba tu przyjechać o 7
rano, żeby móc przez dwie godziny spokojnie podziwiać zapierające dech
w piersiach krajobrazy i architekturę tego cudu świata. Wielki Mur jest
naprawdę wielki, wspaniały, robi niesamowite wrażenie i mimo, że jest
to oklepana atrakcja, i tak warto tam pojechać. Nikt tego nie pożałuje.
Co prawda rażą trochę :ulepszenia typu kolejka ławkowa wjeżdżająca na
górę muru i zjeżdżalnia, ale kiedy ucieknie się kilometr w prawo,
dojdzie się do nie odrestaurowanego fragmentu muru. Krajobrazy wokół –
zielone, porośnięte drzewami wzgórza, które jesienią przybierają
wszystkie barwy, i ośnieżone szczyty na drugim planie, skłaniają do
pozostania na murze jak najdłużej. Niestety, o 11 na murze ciężko
przepychać się przez tłumy.


Kolejna atrakcja i kolejne zmagania z tłumem – tym razem w
kompleksie pałacu cesarskiego Gugong, zwanego Zakazanym Miastem.
Centralne punkty obiektu robią wrażenie głośnego jarmarku, kiedy jednak
schować się w mniejsze uliczki cesarskiego miasta, mimo sporej ilości
ludzi napotkać można kameralność, stare i piękne dworskie domy,
ceramiczne ozdoby na ścianach i dachach, ciekawe rzeźby. Niestety,
Chiny stawiają na kicz - wchodząc do zakazanego Miasta przez główną
bramę od strony placu Niebiańskiego Spokoju, turysta natyka się na
sieciową kawiarnię Starbucks. Można tego uniknąć, wchodząc bocznym
wejściem. Wystarczy od głównej bramy skierować się na prawo, iść jakiś
czas wzdłuż muru, skręcić przy najbliższej okazji w lewo, i idąc
uliczką pełną starych sklepików i galerii dojść w końcu do drugiego
wejścia. Napotkać po drodze można jakiegoś chłopaka, który zaprosi do
ciekawej galerii – sporo tam kiepskich kopii chińskiego malarstwa
tradycyjnego, ale kilka perełek tam dostrzegłam.


Spacerując ulicami Pekinu nie trudno nie można nie zauważyć
ciągnących się wzdłuż chodników wysokich murów. Kto ciekawski od razu
chce sprawdzić, co jest po ich drugiej stronie. Rzeczywistość po
drugiej stronie ceglanych murów ukazuje drugie oblicze miasta,
skrzętnie przez władze ukrywany – jest to świat biednych szarych ludzi
i ich zrujnowanych, popadających w ruinę domów. Tego turysta, patrzący
na świat zza okna taksówki, spędzający czas w drogich restauracjach, ma
nie zobaczyć. Krajobraz jest naprawdę smutny – w na pół zawalonych
domach, często nie ogrzewanych i bez dostępu bieżącej wody i
elektryczności, mieszkają ludzie, których bieda nie pasuje do wizerunku
światowej stolicy.



Będąc w stolicy warto również odwiedzić kolorową i pełną życia klasztor
tybetański Yonghe Gong, w którym dym kadzideł oszałamia a
bezpretensjonalny sposób bycia mieszkających tu mnichów wzbudza
sympatię. Rząd chiński pozwala na istnienie placówki, mającej być
dowodem na tolerancję rządu w stosunku do mniejszości religijnych. Po
zwiedzeniu wspaniałych i dobrze utrzymanych obiektów, które turyści
spoza Azji, ze względu na solidarność z Tybetem, lubią odwiedzać (to
jedyny obiekt turystyczny Pekinu, gdzie białe twarze stanowią
dominującą większość), warto pospacerować po okolicznych uliczkach,
będących jednymi z najstarszych w mieście. Dobre to miejsce również na
zakup pseudo staroci chińskich, jest ich tu mnóstwo.



Mój ostatni przystanek pekiński to Pałac Letni. Aby tam dotrzeć, trzeba
poświęcić trochę czasu, jeśli nie chce się wydawać pieniędzy na drogą
taksówkę. Ja pojechałam metrem, aby po godzinie dotrzeć do bram jednego
z urokliwszych zakątków Pekinu (taki pekiński Wilanów;)). Pałac Letni
to olbrzymi parkowy teren z dużym jeziorem Kunming, gdzie można
spacerować cały dzień. Warto pooglądać pawilony dworskie i wspaniałe
budowle pałacowe umieszczone na wzgórzu. Z ich szczytu roztacza się
wspaniała panorama Pekinu i okolic. Warto odwiedzić jeden z pawilonów,
w którym co godzina odbywają się ładne, choć niezbyt ciekawe występy
tańca i muzyki tradycyjnej.


Nadszedł czas wyjazdu. Bilet na pociąg warto kupić kilka dni
wcześniej. Sposoby SA dwa – w każdym hotelu można zamówić bilet płacąc
za taka usługę od 5 (Pekin) nawet do 20 (Xian) złotych. Można dojść do
wniosku, że dorosły człowiek umie sobie sam kupić bilet i pójść na
dworzec osobiście. Oczywiście w kasie nikt nie będzie mówił po
angielsku. Warto mieć przewodnik, w którym obok nazwy polskiej, czy
angielskiej miasta znajduje się zapis po chińsku. Należy takie krzaczki
pokazać w okienku, potem na kartce napisać datę i godzinę odjazdu
pociągu. Nikomu nie polecam próbować samemu powiedzieć nazwy z zapisu
fonetycznego z przewodnika – nic to nie da. Miesiąc zajęło mi nauczenie
się właściwego tonu w powitaniu „ni hao”, a sesje (dziękuję) to dla
mnie nadal słowo nie do powiedzenia – moje niezdarne próby często
komentowane były rozbawionym śmiechem odbiorcy.



Pekin 26.10-1.11 2007. Dzielnica Qianmen

01.11.2007 :: 05:14 Komentuj (0)

 



Po  dosc trudnej podrozy z Erlian, po 17 godzinach dotarlismy do Pekinu. Od razu skierowalismy sie do dzielnicy Qianmen, na poludnie od placu Niebianskiego Spokoju ze spoczywajacym tam Mao, gdzie znajdowal sie Leo Hostel, polecony przez wlascicieli UB Guesthouse w Mongolii.


Polozenie hostelu okazalo sie fantastyczne - Qianmen to jedno z bardziej urokliwych miejsc w Pekinie, pelne hutongow, ulicznych sprzedawcow i malych knajpek. Sam hostel nie jest zbyt czysty i cieply, ale tani - 55 yuanow od osoby za nocleg w 4-osobowym pokoju.


Juz pierwszego dnia mamy spore problemy ze znalezieniem czegos smacznego do jedzenia, nie wspominajac o bolu zoladka nawet po hostelowym jedzeniu! Bedzie ciezko, zwlaszcza ze juz dowiedzielismy sie, ze wegetarianskie jedzenie oznacza tu jedynie tyle, ze nie ma w nim kawalkow miesa. Ale sos czy tluszcz moze byc juz miesny...Czeka nas 3 tygodnie z ekspresowymi zupkami chinskimi...



 


 



 


 



 


 




 


 



 


 



 


 



 


 




 


 



Spacerujac po Pekinie, trudno nie zauwazyc tego, co probuje sie ukryc. Po drugiej stronie dlugiego muru na ulicy, zawsze czai sie bieda i brud, ktorego w tym miescie nie brakuje,


Zakazane Miasto

01.11.2007 :: 05:38 Komentuj (0)


Wielki Mao na bramie, za ktora znajduje sie kolejna brama - do Zakazanego Miasta. Widok z Placu Niebianskiego Spokoju, do ktorego kazdego dnia pielgrzymuja tysiace Chinczykow.



 


 



Ducha Zakazanego Miasta odnalezc mozna dopiero w jego cichych malych uliczkach. Glowne place bowiem pelne sa ludzi i kiczu.



 


 


 


 


 



 


 



 


 



 

Pekin - centrum

01.11.2007 :: 05:45 Komentuj (0)


Zegar odliczajacy czas do rozpoczecia olimpiady.


 




 


 



 


 



 


 




 


 

Wielki Mur w Mutianyu

01.11.2007 :: 05:54 Komentuj (0)


 


 



 


 


 



 


 



 


 


 



Wielki Mur jest naprawde wielki i piekny, a dolina otaczajaca mur ww wsi Mutianyu - jeszcze piekniejsza. Fragment muru, na ktorym bylismy, byl odrestaurowany, my jednak, na jego dalekim koncu, znalezlismy rowniez kawalek nieodrestaurowanego, starego muru, gdzie bylo jeszcze wspanialej.


Warto przybyc tu przez 8 rano, kiedy nie ma jeszcze turystow. Po 11, kiedy schodzilismy juz na dol, do wioski, mijalismy setki ludzi. 



 


 


Park Tiantan i Swiatynia Nieba

01.11.2007 :: 06:02 Komentuj (0)


 


 



Park Tiantan jest piekny, pelen altanek, ludzi cwiczacych tai-chi. Jest cicho...dopoki nie dojdzie sie do centralnego punktu, czyli Swiatyni Nieba. To byla dla nas lekcja chinckiej rzeczywistosci - tysiace ludzi, glownie chinczykow, kazdego dnia zwiedza Swiatynie Nieba, i inne zabytki Pekinu.



 


 



 


 


Lao She Tea House, 30 pazdziernika 2007

01.11.2007 :: 06:23 Komentuj (0)


Do herbaciarni, na wieczorny wystep, wybralismy sie z Heidi, Finka poznana na wyprawie na Gobi, ktora rowniez zamieszkala w Leo.



 


 



 


 



 


 



 

Park i Palac Letni-Pekin, 31pazdziernika 2007

01.11.2007 :: 07:01 Komentuj (2)


 


 



 


 



 



 


 



 


 



 


 



 

W cztery tygodnie dookoła Chin

10.11.2007 :: 07:00 Komentuj (0)

Jak
dobrze spożytkować przeznaczone na Chiny cztery tygodnie? Gdzie
pojechać, aby mieć poczucie, że było się wszędzie, że poznało się wiele
i uzyskało kwintesencję chińskości, odnalazło tajemnicę tego dziwnego
świata? Te pytania zadałam sobie planując podróż przez Chiny, która
była jakąś częścią dłuższej podróży, jednak sporą częścią – nie można
przecież przejechać przez ten kraj, większy od powierzchni Europy, w
kilka dni, zaliczając jedynie znane, zatłoczone miasta wschodniego
wybrzeża. Wyszłam z założenia, że tajemnicę, której szukam, odkryję
gdzie indziej, z dala od industrialnego, zeuropeizowanego świata
Szanghaju i Hongkongu. Choć i tym miastom nie udało się oprzeć.





Po kilkudniowym pobycie w Pekinie (a historię tego pobytu można było tu
wcześniej przeczytać), zmęczeni (ja i mój chłopak Krzysiek) hałasem
miasta i wszędobylską gorączka olimpijską zdecydowaliśmy się na krok
drastyczny – podróż pociągiem 3000 km na zachód. Nie mieliśmy do tej
pory do czynienia z chińskim transportem kolejowym, co napawało nas
dodatkową ekscytacją. Z biletami poszło stosunkowo łatwo. Co prawda pan
w okienku dworcowym na pytanie: Do you speak english? Odpowiedział
szyderczym śmiechem i słowami no english, no english, ale po ukazaniu
nazwy Liuyuan w postaci krzaczków w naszym przewodniku i kartki z
napisaną datą i godziną odjazdu bez problemu wydał bilety. I tak oto
ruszyliśmy do Liuyuan, z którego trzeba jeszcze złapać busa lub
taksówkę do Dunhuang, którego okolice, a przede wszystkim jaskinie
Mogao, były naszym celem podróży.

Należy pamiętać, że taksówka w Chinach bywa świetna alternatywą dla
autobusów. Wystarczy poczekać, aż zbierze się komplet pasażerów i
podróż wypada bardzo tanio.

Pociągi chińskie okazują się być wspaniałym, wygodnym i stosunkowo
tanim środkiem transportu, podróżując najtańszą klasą ma się do
dyspozycji łóżko, pościel i gorącej wody pod dostatkiem. Najtańsze są
łóżka położone najwyżej (każdy rząd posiada trzy lóżka na ścianie, a w
„przedziale” bez drzwi jest w sumie 6 łóżek. To taki rosyjski
plackartnyj, jednak chińska wersja jest nowocześniejsza i
czystsza…tylko łóżka krótkie), najdroższe są łóżka parterowe.

Do Dunhuangu, niewielkiej miejscowości, otoczonej pustynią, na granicy
prowincji Gansu i Xinjiang ( dawnego Turkiestanu Wschodniego),
docieramy o 6 rano. W przewodniku znajdujemy jedyny tani hotel – Five
Rings – który faktycznie jest niedrogi (30 zł za dwójkę) ale mroczny,
brudny i obskurny. Pracownicy nie mówią po angielsku, więc
porozumiewamy się na migi. Tu po raz pierwszy spotykamy się z
koniecznością wypełnienia karty meldunku tymczasowego. Hotel, jak
wszystkie pewnie w Chinach, posiada wersję angielską tej karty.
Dunhuang nie jest miastem specjalnie ciekawym, chociaż dzielnica
mongolsko-muzułmańska zaciekawiła nas różnorodnością mieszkających tu
nacji, wielkim bazarem pełnym zapachu przypraw, owoców i herbaty,
atmosferą lenistwa i gry w chińskie szachy na rozstawionych na ulicy
stoliczkach. W okolicy miasteczka znajdują się największe atrakcje:
piaszczyste wydmy Gobi z Księżycowym Jeziorkiem i mnóstwem wielbłądów,
ogrodzone w ramach parku narodowego oraz jaskinie Mogao, które uważa
się za jedno z najwspanialszych odkryć archeologicznych Wschodu.
Dodatkowym atutem jest stosunkowo niewielka, ze względu na położenie
geograficzne, popularność jaskiń. Wielkich tłumów tam nigdy nie ma
(więcej zobaczyć ich można wspinających się na wydmy Gobi), niestety
zwiedzać jaskinie trzeba z przewodnikiem i małą grupką turystów
(oczywiście – chińskich). Zdjęć robić nie wolno.

Jaskinie Mogao to pierwsze znane buddyjskie świątynie, założone około
366 r. n.e. przez mnicha Lie Zun. W sumie powstało ich tu około
tysiąca, przetrwało sześćset, a oglądać można, ze względu na ich stan i
stopień przyzwoitości, zaledwie kilkanaście. Ponieważ jaskinie
powstawały przez setki lat, w poszczególnych obiektach zauważyć można
wpływy buddyjskie, taoistyczne, hinduskie, muzułmańskie a nawet
bizantyjskie, gdzie Budda momentami bardziej wygląda jak Jezus.
Jaskinie są pięknie i misternie zdobione, a w niektórych znajdują się
monstrualnie wielkie posągi siedzącego, czy leżącego Buddy. Pozostaje
mieć nadzieję, że kiedyś będzie można zobaczyć jaskiń więcej. Mimo to
oglądanie nawet tych niewielu jaskiń było dla mnie czymś wyjątkowym,
arcydziełem sztuki, świadectwem wielkości kultury Chin, na którą wpływ
miało tak wiele najeżdżających bądź mieszkających tu nacji.

Nasz pobyt w Dunhuangu trwał dwa dni i to nam starczyło, aby poszaleć w
piasku, zobaczyć jaskinie Mogao i obejrzeć miasto. Z naszym hotelem
sąsiadowała Shirley Cafe, która ma angielskie menu, tanie i smaczne
jedzenie, również wegetariańskie. Można tam również wypożyczyć rowery i
skorzystać z Internetu. Dla chętnych właściciel organizuje wycieczki po
okolicy, której my tylko mały fragment poznaliśmy. Myślę, że warto
byłoby zostać tu na dłużej. My jednak wsiedliśmy trzeciego dnia busa,
aby w Liuyuan wsiąść w pociąg do stolicy Gansu – Lanzhou. Ponieważ
martwiliśmy się, że możemy mieć problem próbując kupić bilety na pociąg
na dworcu w Liuyan na chwilę przed odjazdem, jeden jedyny raz
skorzystaliśmy z usług rządowego biura turystycznego CITS, gdzie za
niewielką (5 zł) prowizją kupiliśmy bilety dzień wcześniej.

Do stolicy prowincji Gansu, Lanzhou, postanowiliśmy przyjechać na
chwilę w drodze do Xian. Później jednak, zaciekawieni tybetańską wioska
Xiahe, położoną kilka godzin od miasta, zdecydowaliśmy się pojechać
również tam. Lanzhou warte jest krótkich odwiedzin przede wszystkim ze
względu na tutejsza mieszankę kulturowa (przede wszystkim
przedstawiciele muzułmańskiego ludu Hui), oraz wielka Huang He - Żółtą
Rzekę, której brzegi są kolebką chińskiej cywilizacji, która jest jedna
z ważniejszych i jedna z największych rzek chińskich. Spływa ona z
Wyżyny Tybetańskiej, przez Lanzhou i płynie ku morzu Chińskiemu przez
całe Chiny. Mimo tych zalet Stolica Gansu jest hałaśliwym i bardzo
zanieczyszczonym miastem – trudno tam oddychać. Znajdujemy tani (30 zł)
hotel blisko dworca autobusowego, który jest bardzo elegancki, ale
szybko odkrywamy, że….w ładnej, nowej łazience nie ma wody. Przez
dłuższą chwilę próbujemy dowiedzieć się w recepcji, dlaczego. Pani,
widząc, że nie rozumiemy co mówi, postanawia…napisać nam to samo po
chińsku. Nie ostatni raz spotykamy się z założeniem, że jeśli ktoś nie
rozumie mowy chińskiej, na pewno zrozumie pismo. Prawdopodobnie wynika
to z olbrzymiej różnorodności dialektów, zwłaszcza w mieście położonym
na styku tak wielu kultur (Gansu sąsiaduje z Tybetem i, jak już
wspomniałam, byłym Turkiestanem Wschodnim). Po wodę trzeba było iść na
ulicę.

Z samego rana udaliśmy się na dworzec, na którym dzień wcześniej miła
pani mówiąca po angielsku, powiedziała, której odjeżdża autobus do
Xiahe, wioski tybetańskiej, gdzie znajduje się jedna z najważniejszych
świątyń lamaistycznych w Chinach. Po drodze do Xiahe znajdują się
wioski i miasteczka zamieszkałe głównie przez muzułmanów. Podróż
zajmuje około 4-5 godzin. Tanich noclegów jest na miejscu całe mnóstwo.
Są to z reguły skromne sale wieloosobowe ogrzewane wieczorami.

Położone na wysokości 3000 m. n.p.m. na skraju Wyżyny Tybetańskiej
Xiahe, zamieszkałe jest w połowie przez Tybetańczyków, w połowie przez
Chińczyków i posiada niezapomniany skarb – klasztor Labrang, największy
klasztor tybetański znajdujący się obecnie poza Tybetem. Do Labrang
pielgrzymują przez cały rok tysiące Tybetańczyków z całego kraju, na
ulicach w ciągu dnia panuje gwar, gdy mieszkańcy rozkładają swoje
stragany ze wszystkim. Teren klasztorny jest olbrzymi na tyle, że warto
pożyczyć sobie rower, obiekty świątynne, w tym imponująca złota stupa,
są warte obejrzenia, a głód nasycić można w skromnej ale wyjątkowo
smacznej restauracji Gesar. Pracują w niej miłe Tybetanki, serwujące
spory wybór wegetariańskich potraw i pyszną jaśminową herbatę.
Spodobało się nam tu na tyle, że postanowiliśmy zostać dodatkowy dzień,
aby powspinać się po okolicznych pagórkach i górach, z których roztacza
się ciekawy widok na okolice. Klasztor z tej perspektywy jawi się jako
dziwna, wielka układanka.

Ze szczerym żalem opuszczamy wioskę, w której chcieliśmy pozostać na
dłużej, dla ciszy, uśmiechu, mnisiej, ascetycznej ale jakże kolorowej i
roześmianej atmosfery. My jednak znowu gonimy – tym razem do Xian.

Xian to była stolica Cesarstwa Chińskiego (1000r.p.n.e.-1000r.n.e.),
jedno z najstarszych miast, które znajduje się na trasie Jedwabnego
Szlaku. Obecnie Xian jest 5-milionowym, jednym z najbardziej
rozwiniętych miast chińskich. Jego stara część otacza autentyczny mur z
epoki Ming. Wszystko pięknie, ale w rzeczywistości Xian, do którego
przybywają rzesze turystów ze względu na odkrytą pod miastem Terakotowa
Armię, jest po prostu jednym z bardzo zurbanizowanych,
zanieczyszczonych, zalanych betonem i szkłem aglomeracji, co po kilku
dniach w Xiahe było dla nas zbyt dużym kontrastem. Odwiedziliśmy
Terakotową Armię przypadkowo odkopaną w 1974 roku przez dwóch
wieśniaków, która jest imponująca ale tysiące fleszy i podekscytowanych
krzyków wokół ekspozycji burzy atmosferę historii.

Nie zmienia to faktu, że warto zobaczyć to miejsce , gdzie nadal
odkopuje się kolejne fragmenty komór wypełnionych terakotowymi rzeźbami
żołnierzy stojących na straży grobowca cesarza Qin Shi Huanga. Do tej
pory zdołano odsłonić czwarta część jednej z komór, w której znajduje
się ok. 8000 żołnierzy (każdy o rozmiarach około 180cm) - na razie
odkopano ich ponad 1000. Terakotowa Armia była jednym z największych
odkryć historycznych w Chinach, a prezentuje się niesamowicie,
zwłaszcza, że każdy z terakotowych żołnierzy ma inne rysy twarzy,
masowo wykonano jedynie korpusy, wygląd głów wzorując
najprawdopodobniej na prawdziwych żołnierzach.

Można w Xian znaleźć kawałek nie napuszonej historii, wystarczy udać
się do dzielnicy muzułmańskie, która, jak na razie, w każdym mieście,
była naszym ratunkiem przed hałasem cywilizacji. Tutaj zaszyć się można
z zapachu starych chińskich domów, tradycyjnych potraw, pamiątek i
śpiewu ptaków w klatkach. W Chinach bowiem starsi ludzie wychodzą na
spacer, lub pograć w szachy, ze swoimi ptakami w klatkach. Ustawiają te
klatki jedna obok drugiej i wkrótce okolice wypełnia ich głośna
rozmowa. Szybko opuszczamy Xian, następny przystanek – Pingyao..

Do tego niewielkiego miasteczka przybyliśmy o 6 nad ranem. Przywitała
nas mgła i totalna ciemność. 300 metrów od dworca zaczynają się mury
otaczające stara część miasteczka,

po której, jak potem się przekonaliśmy, można spacerować bez końca, w której ludzie żyją

wciąż tak, jak żyło się tu 100 lat temu, a przynajmniej sprawiają takie
wrażenie. Zwłaszcza kiedy te ciche, spokojne stare domy osnute są mgłą.
Mgiełka ta nadaje tajemniczości postaciom spacerującym cicho ulicami,
bądź handlującym wszelakimi rzeczami. Każdy zaułek, każda brama jest
wielkim zaskoczeniem, bo w nich spotkać można absurdalność przedmiotu –
oto starta rzeczy przykryta płachta przytrzymywaną przez kamień, która
wygląda jak piękna królowa w koronie, gdzie indziej parasol zwisający z
sufitu tuż nad górą śmieci…Wszystkie pensjonaty i knajpki przyciągają
ciszą, kameralnością i wszędobylskim w Chinach aromatem jaśminowej
zielonej herbaty.

Podczas jednego spaceru zobaczyliśmy strojny orszak, otoczony muzykami grającymi wesołą

muzykę. Orszak ten przybrany kolorowymi papierowymi kwiatami wyglądał
tak radośnie, ze zaraz złapałam za aparat i udałam się za orszakiem. Z
bliska jednak okazało się ze to .. pogrzeb.

Po takim wyciszeniu zapragnęliśmy trochę hałasu w wielkim stylu i
ruszyliśmy w podróż do Szanghaju, jednego z symboli chińskiego rozwoju
techniki i nowoczesności. I faktycznie, wzrok nasz przyciągają
zamaszyste wieżowce, Perła Wschodu i widok z promenady Bund na
dzielnicę biznesową po drugiej strony rzeki Huangpu. Najpierw jednak
spać! O co łatwo nie jest. W Szanghaju warto zarezerwować sobie nocleg
wcześniej, jeśli nie chce się, tak jak my, biegać z plecakami po
mieście przez dwie godziny i wylądować w hotelu z pokojami bez okien,
co, notabene, jest w Chinach częstym elementem tanich noclegów. Trzeba
sobie nastawiać budzik, żeby nie przespać całego dnia.

Opętani żądzą futurystycznej rzeczywistości pierwszy dzień spędziliśmy
na napawaniu się atmosferą Pudongu – biznesowej dzielnicy – na
spacerach po centrum i przejażdżką dziwaczną i mało ekscytująca kolejką
po rzeką Huangpu. Miasto jest zatłoczone, ale jednocześnie przyciąga i
zamracza swoją atmosferą odrobinę europejską, czego być może przez
chwilę potrzebowaliśmy. Znużeni tym jednak w miarę szybko wyruszyliśmy
na spotkanie wyburzanej konsekwentnie starej części miasta, z której
faktycznie niewiele zostało i chociażby dlatego trzeba tam się udać.
Stary Szanghaj, w samym sercu miasta, stale wyburzany, gdzie nadal
znajdują się bazary cuchnące rybą i owocami morza, targowisko ptaków,
ryb i kwiatów, gdzie sprzedaje się znowu wszystko i gdzie spotkać można
ostatnie warsztaty rzemieślnicze i drewniane, walące się domy – tego
Szanghaju już wkrótce nie będzie, niedługo nikt nie będzie go pamiętał.
My zauroczeni byliśmy tą okolica tak skrzętnie zabudowywana wokół
szklanymi wieżowcami. Dwa skrajnie różne światy, o jednym Szanghaj
próbuje na dobre zapomnieć, zastępowany przez Fast-foody, ulice
sklepowych uciech i drogie europejskie piekarnie (co nawiasem mówiąc
bardzo nas cieszyło, bo Chleba w Chinach nie ma).

W Szanghaju zabawiliśmy cztery dni, które nie były stracone. Poczuliśmy
ostatni dech starych Chin i popatrzyliśmy na to, jak Chiny zmieniają
się, i jak gwałtowna jest to przemiana. Za kilka godzin spotkamy się z
największą chińska hybrydą – autonomicznym obszarem Hong Kongu. Ale….to
już przecież nie Chiny.











Dunhuang - 3-4 listopada 2007

10.11.2007 :: 07:34 Komentuj (0)

Z Pekinu wyruszylismy 3000km (tak, to nie zart,Chiny sa zdaje sie wieksze od Europy) na zachod na granice prowincji Gansu i Xinjiang. Ta 30-godzinna podroz prowadzila wzdluz slynnego Jedwabnego Szlaku,Chinskiego Muru i pieknych pasm gorskich.


Wybralismy sie w ta dluga podroz, aby obejrzec jaskinie Mogao znajdujace sie niedaleko Dunhuangu, by znow pobyc troche na pustyni Gobi, oraz by zetknac sie choc z niewielkim stopniu z mnieszoscia etniczna ludu Hui, muzulmanskich Chinczykow, mieszkajacego przede wszystkim w Xinjiangu (ale rowniez i w prowincjach sasiadujacych) czyli prowincji, ktora do 1949 roku stanowila tereny muzulmanskiego Turkiestanu Wschodniego, zanim Chiny zagarnely ta ogromna ziemie dla siebie.




 


 



 


 



Pustynia Gobi



 



 


 


 


 



Shirley's Cafe



 



 


 



 


 



Dzielnica muzulmanska



 



 


 



 


 




 


 



Okazalo sie, ze w Dunhuangu mieszkaja rowniez Mongolowie, a w calej prowincji Gansu zyja rowniez Tybetanczycy, zwlaszcza na terenach, ktore przed 1950 rokiem nalezaly to Tybetu, bedacego wtedy odrebnym krajem. Ale o Tybetanczykach pozniej:)



Niestety samych jaskin Mogao wam nie pokazemy, poniewaz nie mozna tam robic zdjec. Jest to najstarszy kompleks swiatynny, jaki odkryto w Chinach, najstarsze rzezby pochodza z 4 wieku n.e., malowidla scienne sa przepiekne, zachwycajace. W kazdej z jaskin, a jest ich okolo 150 (choc obejrzec mozna jedynie kilka) znajduje sie niewielka swiatynia, w ktorej centrum znajduje sie oczywiscie Budda. Najwieksze wrazenie robia dwie sale z wielkimi 30-metrowymi rzezbami tego jegomoscia, oraz sala spiacego Buddy otoczona przez kilkadziesiat malutkich rzezb postaci. Ciekawe sa tez wplywy innych kultur na sztuke Mogao (jaskinie powstawaly miedzt 4 a 13 wiekiem, spotkac tu wiec mozna motywy tureckie, mongolskie, a nawet chrzescijanskie).



 

Lanzhou, 6 listopada 2007

10.11.2007 :: 09:33 Komentuj (0)

Do stolicy prowincji Gansu, Lanzhou, postanowilismy wpasc na chwilke w naszej drodze do Xian. Pozniej jednak, zaciekawieni tybetanska wioska Xiahe, polozona kilka godzin od miasta, zdecydowalismy sie pojechac rowniez tam.


Lanzhou warte jest krotkich odwiedzin przede wszystkim ze wzgledu na tutejsza mieszanke kulturowa (znow mnostwo przedstawicieli muzulmanskiego ludu Hui), oraz wielka Huang He - Zolta Rzeke, ktorej brzegi sa kolebka chinskiej cywilizacji, a ktora jest jedna z wazniejszych i jedna z najwiekszych rzek chinskich. Splywa ona z Wyzyny Tybetanskiej, przez Lanzhou i plynie ku morzu Chinskiemu na wschodzie przez caaaale Chiny:)



 


 



 


 



 


 



 


 



Nad wielka Zolta Rzeka



Xiahe, 7-8 listopada 2007

10.11.2007 :: 10:02 Komentuj (0)

Z Lanzhou pojechalismy autobusem do Xiahe, polozonej na wysokosci 3000m n.p.m. wioski tybetanskiej, lezacej kiedys na terenie Tybetu, obecnie wchlonietej przez prowincje Gansu. Znajduje sie tu klasztor Labrang (Labuleng Si), jeden z szesciu najwazniejszych centrow lamaizmu, najwazniejszym znajdujacym sie obecnie poza Tybetem. Mieszkajacy tu  Dzamjang jest trzeci, po dalajlamie i panczenlamie, w hierarchii buddyzmu tybetanskiego. Obecnie zyje tu kilka tysiecy mnichow. Niestety, z powodu kontroli rzadu chinskiego, poziom nauki tu (i w pozostalych klasztorach tez) podupadl.



Przyjechalismy...i zachwycilismy sie. Tybetanczycy sa pieknym, kolorowym i dumnym narodem, klasztor malowniczy, a okolica przepiekna. Ogarnal nas smutek nad okrucienstwem chinskiego rzadu, probujacego znisszczyc ta wspaniala, barwna kulture.
Klasztor uspokaja swymi starymi murami i cichymi swiatyniami. Kazdego dnia, w ciszy, wdluz modlitewnikow wokol klasztoru przechodza setki pielgrzymow.
Troszke negatywne wrazenie sprawiaja mieszkajacy tu mnisi, wiekszosc z telefonem komorkowym przy uchu przez pol dnia...troche inaczej wyobrazalismy sobie duchowe zycie klasztorne.



Sama wioska w ciagu dnia tetni zyciem, a przede wszystkim handlem. Tuz przy wschodniej stronie klasztoru kazdego dnia Tybetanczycy sprzedaja rozmaitego rodzaju produkty, podobnie jak Chinczycy starajac sie dostac od nas za kazda kupowana rzecz kilka  razy wiecej, niz przyzwoitosc nakazuje:) Jestesmy coraz lepiej wyszkoleni w sztuce targowania.


Podobnie jak w Dunhuangu, gdzie napotkalismy Shirley's Cafe, znajdujemy tu oaze dla naszych zoladkow - Gesar Restaurant, nieduza tybetanska knajpke, ze swietnym, anglojezycznym menu z daniami na kazda pore dnia i pyszna jasminowa herbata za 2 yuany. Powoli przekonujemy sie do chinskiej kuchni, choc nadal jest ona dla nas zbyt tlusta i zbyt pikantna...



 


 



 


 



 


 



 


 



 


 



Klasztor Labrang



 



 


 



Pielgrzymi



 



 

Xian, prowincja Shaanxi, 10-12 listopada 2007

11.11.2007 :: 13:58 Komentuj (0)

Xian jest jednym z miast z najwieksza tradycja, bedac jednym z najstarszych, lezac na trasie Jedwabnego Szlaku, bedac przez 2000 lat (1000r.p.n.e.-1000r.n.e.) stolica Cesarstwa Chinskiego.
Obecnie Xian jest 5-milionowym, jednym z najbardziej rozwinietych miast chinskich. Jego stara czesc otacza autentyczny mur z epoki Ming.
Wszystko pieknie, ale w rzeczywistosci Xian, do ktorego przybywaja rzesze turystow ze wzgledu na odkryta pod miastem Terakotowa Armie, jest po prostu jednya z bardzo zurbanizowanych, zanieczyszczonych, zalanych betonem i szklem aglomeracji, gdzie mieszkancy wolny spedzaja czas w centrach handlowych i MC Donaldzie, niz kontemplacji ciekawe historii.



 


 



 


 



 


 



 




Nie zmienia to faktu, ze warto tu wpasc, by obejrzec Muzeum Terakotowej Armii, gdzie nadal odkopuje sie kolejne fragmenty komor wypelnionych terakotowymi rzezbami zolnierzy stojacych na strazy grobowca cesarza Qin Shi Huanga. Komory odryli przy kopaniu studni w 1974 dwaj wiesniacy. Do tej pory zdolano odslonic czwarta czesc jednej z komor, w ktorej znajduje sie ok. 8000 zolnierzy (kazdy o rozmiarach okolo 180cm) - na razie odkopano ich ponad 1000.
Terakotowa Armia byla jednym z najwiekszych odkryc historycznych w Chinach, a prezentuje sie niesamowicie, zwlaszcza ze kazdy z terakotowych zolnierzy ma inne rysy twarzy, masowo wykonano jedynie korpusy, glowy wzorujac najprawdopodobniej na prawdziwych zolnierzach.



 


 



 




 



Bedac w Xianie warto rowniez pospacerowac po handlowej dzielnicy muzulmanskiej, niezwykle urokliwej. Polecamy:)



 


 



 



 


 

Pingyao, 13 listopada 2007

16.11.2007 :: 10:42 Komentuj (0)

Do Pingyao przybylismy o 6 nad ranem. Przywitala nas mgla i totalna ciemnosc. 
300 metrow od dworca zaczynaja sie mury otaczajace stara czesc miasteczka, 
po ktorej, jak potem sie przekonalismy, mozna spacerowac bez konca, w ktorej ludzie zyja 
wciaz tak, jak zylo sie tu 100 lat temu. 
Zwlaszcza kiedy te ciche, spokojne stare domy osnute sa mgla. 
Podczas jednego spaceru zobaczylismy strojny orszak, otoczony muzykami grajacymi wesola muzyke. 
Orszak ten przybrany kolorowymi paierowymi kwiatami wygladal tak radosnie, ze Lui zaraz zlapala 
za aparat i udala sie za orszakiem. Z bliska jednak okazalo sie ze to .. pogrzeb. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 


 


 


Spedzilismy tu leniwy dzien, popijajac ulubiona jasminowa herbate i jedzac ryz z warzywami.
  

 


 



Szanghaj, 15-19 listopada 2007

16.11.2007 :: 11:03 Komentuj (2)

 
 
 
 
 
 
 
 
  
Po 23 godzinach spedzonych w pociagu dotarlismy do Szanghaju, 
ktory z miejsca nas zaskoczyl. Architektura tego miasta bowiem nie ma zbyt wiele wspolnego z chinska, 
przez co mozna ulec zludzeniu, ze jest sie na Chinatown w Londynie, a nie w chinskim miescie. 
Pozwala to na lekki oddech i zludzenie swojskosci. 
Miasto robi pozytywne wrazenie, na ulicach zaczepiani wciaz jestesmy przez mlodych, 
mowiacych po angielsku studentow, chcacych pogadac sobie chwilke z cudzoziemcami.
Wedlug zalecen Soryczki na kolacje wybieramy jedna z licznych, tanich japonskich restauracji i nie zalujemy, 
bo spektakl, jaki daje kucharz na naszych oczach, jest prawdziwa uczta dla oczu.
A jedzenie wspaniale.
Po kolacji wybieramy sie na wieczorny spacer po slynnym Bundzie nad rzeka, decydujemy sie tez na przejazd
jakze reklamowana w czasopismie Podroze kolejka, jadaca przez oswietlony roznosciami tunel pod rzeka, 
do biznesowej dzielnicy Pudong. 
Nasze rozczarowanie jest wielkie - kolejka ta to wielki kicz i tandeta. 
Niewarte tych 15 zlotych za bilet. A mialo byc tak pieknie:)
Nastepnego dnia zas odwiedzamy park Renmin oraz Stare Miasto, ktore jest, niestety, konsekwentnie wyburzane 
pod budowe kolejnych wiezowcow. 
Momentami tloczno tu i turystycznie, ale odnalezc sie mozna w malych uliczkach i na lokalnych targowiskach, 
wsrod niewielkich warsztatow i sklepow z porcelana.
 
 


 
 



 
 
 
  

W CHIŃSKIEJ PASZCZY KAPITALIZMU – HONG KONG

25.11.2007 :: 00:00 Komentuj (0)

Moment przekraczania granicy między Chinami a Hong Kongiem jest
momentem fascynującym. Nawet Szanghaj, z którego przyjechałam pociągiem
do Shenzen, leżącego na granicy, nie daje takiej obietnicy
nowoczesności, futuryzmu i wielkomiejskiego zgiełku. Miałam świadomość,
że to będzie coś niezwykłego, bardziej niż Londyn czy Nowy Jork. Hong
Kong był dla mnie synonimem nowoczesności.
Aby zaoszczędzić nieco
grosza, warto pojechać pociągiem nie prosto do HK, lecz do granicy, do
Shenzen. Pociąg taki wychodzi sporo taniej, odprawa paszportowa jest
bardzo szybka (no chyba że urządzenia badawcze zamontowane gdzieś po
drodze wyczują, że masz gorączkę, która być może wywołana jest ptasią
grypą) a tuż za bramką graniczną czeka już stacja szybkiej kolejki.
Stąd dojazd do serca Kowloonu trwa 30 minut, a na wyspę Hong Kong – 35.


Ktoś, kto szuka taniego noclegu w HK ma do wyboru dwa miejsca –
Chungking Mansion lub Mirandor Mansion, dwa sąsiadujące ze sobą,
piętnasto piętrowe molochy, na których prawie każdym piętrze znajduje
się jakiś hostel, prywatna kwatera, kafejka internetowa, jadłodajnia,
krawiec i spore stadko karaluchów. Kiedy spojrzeć na wewnętrzne
podwórko budynku, widok okazuje się być powalający – jest to plątawisko
rur, suszącej się bielizny, kurzu, brudu, jakichś szmat i nie wiem
czego jeszcze. Futuryzm rodem z Blade Runnera lub Blade’a, lepszego
porównania nie mam. Mimo, że najtańsze, miejsce to oferuje noclegi za
minimum 80 HK dolarów (ok. 30 zł) za łóżko w wieloosobowej sali, z
łazienką wielkości toalety na wąziutkim korytarzu. Warto wspomnieć, że
tak liczne hostele powstały w małych chińskich mieszkankach…Co ciekawe,
w każdym budynku są dwie windy – jedna jedzie na piętra parzyste, a
druga na nieparzyste. Przed obiema o każdej porze dnia ustawia się
długa kolejka, i czasem trzeba czekać nawet 20 minut, żeby dostać się
na swoje piętro. O północy winda jest już nieczynna i trzeba szukać
windy alternatywnej ukrytej z tyłu budynku.

Znajdujemy z moim chłopakiem nocleg na 13. piętrze Mirandor Mansion.
Szybko się tam instalujemy prosząc jednocześnie właściciela, aby
zarezerwował naszej czwórce znajomych, która wkrótce ma przybyć,
czteroosobowy pokój. Ruszamy na podbój Hong Kongu.

Najpierw jednak trzeba coś zjeść. I znów, nie ma tańszego i lepszego
miejsca na przekąskę czy obiad, jak parter dwóch wspomnianych budynków.
Parter każdego jest ogromny i mieści mnóstwo knajpek, małych barów,
sklepików z pamiątkami. Główną specjalnością są wszędzie dania z Indii
i Pakistanu. Nigdzie indziej samosy i burfi nie smakowały tak dobrze.

Faktycznie, harmider uliczny, wielgachne budynki, nowoczesne metro,
mnóstwo sklepów ze sprzętem fotograficznym, pamiątkami i przekąskami,
tłumy tłumy naprawdę wielkie tłumy ludzi, to wszystko uderzyło nas,
stanęliśmy początkowo jak wryci, widząc to całą masę wszystkiego. Metro
zawiozło nas z Tsim Tsa Tsui – serca Kowloonu, gdzie mieszkaliśmy – na
wyspę Hong Kong, która z perspektywy drugiego brzegu wyglądała
imponująco z tłumem szklanych wieżowców, drapiących dumnie niebo. Sama
wyspa, wbrew wszelkim opowieściom nie wydała się nam już taka
imponująca, tam można już było poczuć się momentami jak na ulicy Oxford
w Londynie, czy też na Manhattanie. Wielką uciechą były natomiast
tramwaje – piętrusy, którymi jeździliśmy namiętnie wzdłuż wybrzeża,
nimi tez dotrzeć można poza centrum do dzielnic, gdzie znów harmider
uliczny, zapach chińszczyzny, tłok i wielkie mieszkalne wieżowce
mieszczące chyba tysiące małych mieszkanek pozwoliły nam się odnaleźć.
Warto dodać, że to co nas od pierwszego momentu poraziło w tym mieście,
zwłaszcza na Kowloonie, to nie ta spodziewana nowoczesność, lecz coś,
czego chyba nigdzie na świecie nie ma – wielkiej mieszanki europejsko –
azjatyckiej, w której czuć silny zapach zwycięstwa orientu, gdzie
również jak nigdzie indziej w Chinach czuć słabnący nacisk zachodu. To
świat, o którym nadal marzy sporo Chińczyków, którzy zgadzają się
mieszkać w swoich ciasnych pokoikach, aby żyć w tym świecie, a przede
wszystkim – robić pieniądze.

Fascynujące. Jednak dwóch dniach spędzonych w tętniącym zbyt szybko
sercu kapitalistycznego świata rządzonego chińskimi zasadami, po
obowiązkowym zaliczeniu licznych targowisk ze wszystkim w okolicach
Mong Kok, poczuliśmy się bardzo zmęczeni. Ponieważ tegoż wieczoru
przylatywała z Londynu czwórka naszych znajomych, postanowiliśmy
spędzić dzień na wyspie Landau, która znajduje się w odległości 15
minut autobusem od lotniska. Wysiadając na wyspie z metra najpierw
widzi się niekończące się monstrualne osiedla, znów pełne małych
chińskich mieszkań, dalej kolejkę wysokogórską, której trasa wiedzie na
dużej wysokości wokół sporego obszaru terytorium HK, a jeszcze dalej
spotyka się reklamę autobusu, który zawieźć nas może do wielkiego
Buddy. My jednak chcieliśmy odrobiny spokoju ruszyliśmy więc na spacer
daleko za wielkie bloki, ciekawi co nas tam spotka. Po
kilkunastominutowym spacerze i pokonaniu kilku pagórków, znaleźliśmy
się nad wodą. Poruszając się po drewnianym pomoście ciągnącym się
wzdłuż brzegu, znaleźliśmy się w starej wiosce rybackiej. Najpierw
trzeba było przejść koło knajpy, z której wyganiał nas ostry zapach
ryb, a przed którą, przy stoliku siedziała grupka dobrze sobie znanych
osób popijających leniwie wódkę. Jaki inny przedstawiali oni widok niż
Tsim Tsa Tsui. Nagle poczuliśmy się, że wróciliśmy do Chin i jesteśmy w
małym miasteczku, gdzieś daleko. Otoczyła nas cisza, woda, góry, łodzie
rybackie wkopane w muł przybrzeżny i stare, rozwalające się drewniane
chaty. Niesamowity był widok wielkich blokowisk sterczący nad ta cichą
wioską. Nowe i stare, wielkie i małe, ciche i głośne, ciasnota i
przestrzeń. I kto z tej wioski chciałby zamieszkać na 30. piętrze w
małym pokoiku? Cóż może tylko dla widoków z okna.

Przyszedł czas, by ruszyć w stronę lotniska. Znajomi przylecieli o
czasie, lecz musieliśmy czekać na nich dodatkową godzinę, bo odprawa
wysiadających z samolotu, mieszczącego 500 osób, musiała trochę
potrwać. Zaciągnęliśmy ich do Mirandor Mansion, gdzie na 13. piętrze
właściciel zapomniał o naszej prośbie o rezerwacje miejsc. Dziesięć
pięter niżej znaleźliśmy wolny 4-osobowy pokój, gdzie ulokowaliśmy
chłopaków, a byli to trzej Ślązacy mieszkający w UK – Grześ, Michał i
Mati – oraz nasz wspólny filipiński kolega – Gerald.

A to niespodzianka – hostel, do którego się przemieściliśmy, na 3.
piętrze Mirandor Mansion, prowadzony jest przez Filipinkę, Gerald mógł
sobie pogadać. Razem z moim chłopakiem Krzysiem zostaliśmy
zainstalowani w sześcioosobowym pokoju, w którym mieszkały trzy bardzo
sympatyczne Filipinki…wkrótce okazuje się, że prostytutki. Umawianie
się z klientem np. o 4 nad ranem było przez trzy noce naszą stałą
pobudką.

Chłopaki mają więcej szczęścia. Dostają taniutki pokój z balkonem
wychodzącym na ruchliwą Nathan Road, skąd pół nocy obserwujemy Zycie
nocne miasta – prostytutki, handlarze narkotyków i kradzionych ubrań i
biżuterii. Tak przedstawia się nocne życie pod Mirandor i Chungking
Mansjon. Nasze współlokatorki nie są pewnie jedynymi prostytutkami
mieszkającymi w tych budynkach.

Chłopakom, żądnym atrakcji turystycznych Hong Kongu zaproponowałam
przepłyniecie promem Star Ferry na wyspę Hong Kong (najtańszy sposób
dostania się na drugi brzeg, a dodatkowo bardzo przyjemny) i podróż
turystycznym tramwajem po zboczu wzgórza Wiktorii. Duża kolejka do
tramwaju nie odstraszyła nas, a podróż była dosyć ekscytująca, ponieważ
tramwaj ten jedzie momentami po bardzo stromym, prawie pionowym zboczu.
Na samej górze jest raczej nudnawo, ale widok wart jest tej krótkiej
podróży, a spacer krętymi ścieżkami w dół zainteresuje każdego
miłośnika roślinności tropikalnej. W mojej podróży było to pierwsze
zetknięcie z taka roślinnością. Gerald widząc moje zainteresowanie,
wprawnym okiem wyszukiwał ciekawe okazy, nazywał mi je i o nich
opowiadał. W końcu z takimi roślinami wychował się, mieszkając w małej
wiosce pod Agoo na Filipinach. Nie karzcie mi jednak przypominać sobie
tych nazw. Zapamiętałam jedynie taka oto ciekawostkę, że roślina
bananowca ma poza owocami inną część jadalną – duży różowy twardy
kwiat, który nazywają na Filipinach „hard of banana”.

Kolejny dzień to kolejne atrakcje. Czwórka naszych kolegów zgodnym
chórem poparła pomysł wizyty w Ocean Park, gdzie poza oceanarium,
pandami i licznym ptactwem kolorowym i egzotycznym, zabawić się można
na roller-costerach i innych sprzyjających zawałom atrakcjach. Krzysiek
zrezygnował, ja odważnie pojechałam. Pandy były słodkie, ale niestety
nie na wolności, kolorowe papugi wspaniałe, ale najciekawsza była
kolejka, która przewiozła nas z jednej części parku do drugiej (inaczej
nie da się tam dostać). Zamknięci w piątkę w szklanej kuli zawieszonej
na wysokości kilkudziesięciu metrów, ponad zielonymi wzgórzami,
czuliśmy się dość niepewnie, a niektórzy z nas byli nawet wystraszeni.
Była to ekscytująca i bardzo malownicza podróż. Potem jeszcze parę
wielkich i strasznych roller – costerów…. I tyle.

Następnego dnia lecieliśmy wszyscy razem do Manili, gdzie odebrać nas
miał brat Geralda i zabrać do jego rodzinnego domu pod Agoo w Północnym
Luzonie. W Hong Kongu spędziliśmy w sumie 5 dni.

Jednak nasz pierwszy pobyt w tym miejscu (koniec listopada 2007) miał
swoją kontynuację. Podróż zatoczyła koło i w lutym 2008 roku, kończąc
azjatycka podróż, z prawdopodobnie jakimś pasożytem w brzuchu,
schorowani i na antybiotykach, wróciliśmy do Hong Kongu, aby tanimi
(niestety, już nieistniejącymi) liniami Oasis Hong Kong polecieć do
Europy. Tym razem, ze względu na śnieg, który zasypał całe południowe
Chiny oraz okres świąteczny (czyli Chiński Nowy Rok, który trwa cały
tydzień), musieliśmy zdecydować się na samolot do Schengen. Po
przekroczeniu granicy skierowaliśmy nasze kroki na Tsim Tsa Tsui.
Właściwie to mieliśmy plan udać się prosto do jednego ze znanych nam
hoteli, ale pod Chungking Mansion zatrzymał nas pewien Indus i krzycząc
„Polska Polska” zaoferował nam wyjątkowo tanią dwójkę (cóż, sezon się
kończył, więc czas na zniżki), za tyle co w listopadzie dwa łóżka w
sali wieloosobowej. Mówił, że to dlatego, ze ma znajomych w Polsce i ma
sentyment. Pomysł okazał się trafiony – Chungking okazał się budynkiem
trochę czystszym niż Mirandor, na korytarzach nie spotykało się już
tych monstrualnych karaluchów rodem z Nagiego Lunchu. Ale pokój jak
wszędzie był dość obskurny.

Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że w lutym w HK jest bardzo chłodno.
Zdziwiło nas to przede wszystkim dlatego, że koniec listopada był tu
upalny. Tak gwałtowne ochłodzenie nie zdarza się tu zazwyczaj i wynikło
prawdopodobnie z anomalii pogodowych (ogromne, niespotykane od ponad
stu lat w tej części Chin opady śniegu i mrozy), jakie miały miejsce na
południu Chin w tym czasie.

Postawiliśmy na sprawdzoną już w kilku miastach świata naszą ulubioną
rozrywkę – Muzeum Techniki. Muzeum w wersji HK okazało się być
trafionym wyborem – bawiliśmy się tam jak dzieci przez kilka godzin. W
jednej z sal był duży wyświetlacz, na którym wyświetlano populację w
najbardziej zaludnionych krajach świata. Cyferki zmieniały się co
chwila, to rosnąc, to malejąc. Z fascynacją obserwowaliśmy skale
szepcząc do siebie „Patrz, ktoś właśnie umarł w Indonezji.. o, a ktoś
urodził się w Stanach Zjednoczonych”.

Ostatnie zakupy na Mong Kok, ostatni spacer po deptaku w Kowloonie tuż
przy przystani Star Ferry, patrząc na piękny krajobraz wyspy Hong Kong
…. I koniec. Lecimy do domu. Z żalem.

Hong Kong, 20-23 listopada 2007

26.11.2007 :: 08:41 Komentuj (0)

 



Do granicy chinsko-hongkongskiej dotarlismy o swicie, potem juz tylko godzinka kolejka podmiejska...i oto jestesmy w wielkim swiecie chaosu...Zdecydowalismy sie spac na Kowloonie, 5 minut od przystanii Star Ferry, skad promem mozna poplynac na wyspe Hong Kong.



 


 




 


 



 


 



 Panda w Ocean Park


 



 


 



Konik Morski - Ocean Park



 



Grzes i Michal




 



 



Mirandor Mansion w calej okazalosci


Pare slow o naszym noclegu jest tutaj niezbedne. W samym sercu Kowloonu stoja dwa olbrzymie - dluuugie i wysokie na 15 pieter - stare rozwalajace sie bloki: Mirandor Mansion i Chungking Mansion. Poza cala masa sklepikow z hinduskim jedzeniem, pamiatkami i ubraniami na parterze, dziesiatkami fabryk odziezowych na pietrach, znajduje sie tu tez mnostwo tanich pensjonatow z pokojami 2-, 4- i 6- osobowymi, tanioej w Hong Kongu spac sie nie da. Dodatkowo jest to miejsce, ktore po prostu trzeba zobaczyc, bo trudno do konca wyjasnic surrealizm tego miejsca. Same pensjonaty sa bardzo skromne, ale czyste i do przezycia, jednak wystarczy znalezc sie na korytarzu budynku, by doznac malego szoku- pokryte rdza, brudem i nie wiadomo czym sciany, mnostwo warsztatow krawieckich za kazdym rogiem, zle oswietlone ciasne i brudne klatki schodowe, podworko, ktore nawet po zmroku straszy, i nieprawdopodobnie wielkie karaluchy. Jak ktos widzial "Nagi Lunch" to wie, o czym mowa. Wogole ten film powinni nakrecic wlasnie w tych budynkach, kklimat jak sie znalazl. Dodam jeszcze ze miedzy tymi blokami, kazdej nocy znalezc mozna jaka tylko sie chce dziwke, narkotyki kazdego rodzaju, masaz erotyczny, kradzona odziez firmowa i co tylko jeszcze sobie ktos wymysli. Na koniec napomkne, ze w naszym pokoju poza nami mieszkaly trzy prostytutki....no i mamy piekny, barwny obraz zycia w Miransor Mansion, gdzies miedzy trzecim a trzynastym pietrem, bo w poszukiwaniu nieobecnego tu spokoju zmienialismy pensjonaty. Oto najciekawsze doswiadczenie z Hong Kongu...warte polecenia:)


Pierwsze kroki, niezbyt tendencyjnie, skierowalismy na wyspe Landau, z pieknymi pagorkami, plazami i wioskami rybackimi. Dzien po naszym przyjezdzie dotarli do nas z UK: Mati, Grzes, Michal z POlski i Filipinczyk Gerald. Leniwie sie wiec walesalismy po ulicznych targach na Mong Kok, po wzgorzu Wiktorii, Centralu i starej chinskiej dzielnicy na wyspie Hong KOng, a ostatniego dnia wybralismy sie do parku rozrywki Ocean Park, z roller costerami i innymi takimi tam zabawami. Trzeba przyznac, ze znalezlismy tam sporo dobrej zabawy.



Widok z Kowloonu na wyspe Hong Kong


 



 



 



 Kowloon


 



Wyspa Landau



 



Landau



 



 Landau


 


 


 

HISTORIE FILIPIŃSKIE - LUZON PÓŁNOCNY

26.11.2007 :: 09:30 Komentuj (0)

Filipiny
to dla nas, Europejczyków, nadal dość tajemniczy i rzadko nawiedzany.
Kolonializowany przez Hiszpanów, potem zdominowany językowo i kulturowo
przez Amerykanów, jest obecnie o tyle łatwy do oglądania, że z każdym
swobodnie porozumieć się można w języku hiszpańskim i angielskim.
Potocznie używany język jest współcześnie mieszanką miejscowego tagalog
i angielskiego.

Porozumienie z pewnością ułatwia wrodzona gościnność i otwartość
mieszkańców wyspiarskiego państwa. Czasem zahaczają one nawet o
natrętność – takie przynajmniej ja odniosłam wrażenie.





Pierwsze kroki



Jadąc na Filipiny miałam o tym kraju bardzo nikłe pojęcie, wiedziałam o
nim najmniej ze wszystkich planowanych w podróży miejsc. Wynikało to po
części z potrzeby zaskoczenia (lubię niespodzianki), a po części z
faktu, że większość czasu na wyspach filipińskich miałam spędzić nie
tylko z moim chłopakiem, ale z naszymi 4 śląskimi znajomymi oraz z
Geraldem, rodowitym Filipińczykiem, który na prawie 2 tygodnie zaprosił
nas do swojego rodzinnego domu w Północnym Luzonie. Mieliśmy poznać
bliżej sposób życia i mentalność mieszkańców małej wioski San Julian
nieopodal miasta Agoo.

Na Filipiny przybyliśmy z Hong Kongu całkiem tanimi liniami lotniczymi
Cebu Pacific. Nie obyło się bez problemów – jako jedyni z naszej grupy,
ja i Krzysiek mieliśmy bilet kupiony tylko w jedną stronę (reszta
wracała do HK, aby lecieć stąd z powrotem do Londynu). Przy odprawie
okazało się, że nie możemy wjechać do kraju bez posiadania biletu
powrotnego. Na nic zdały się tłumaczenia, że nie mamy biletu, ponieważ
nie wiemy, kiedy wyjeżdżamy, że zamierzamy wsiąść na statek do
Malezji…pracownik lotniska był nieprzejednany. Przyniósł nam nawet
jakąś książkę z przepisami, gdzie kolorowym flamastrem zaznaczone było
zdanie o tym, że przybywający na Filipiny turysta musi przy wjeździe,
na lotnisku w Manili, okazać bilet powrotny.. no tak, ale drugiej
części zdania już nie zaznaczono flamastrem, a brzmiała ona: chyba, że
turysta nie zna dokładnej daty wyjazdu i zamierza nabyć bilet później.
To była prawdziwa farsa – kiedy przeczytałam druga połowę zdania na
głos, spotkałam się z odpowiedzią, że to nie ma znaczenia, gdyż jeśli
nie zakupimy biletu powrotnego to nie zostaniemy wpuszczeni na pokład
samolotu.

Zrezygnowani kupiliśmy bilety. Na szczęście miła Filipinka sprzedająca
bilety w kasie Cebu Pacific powiedziała, że bilety możemy bez problemy
zwrócić od razu po przylocie do Manili. Tak tez zrobiliśmy…okazało się,
że za całą transakcję kupna i zwrotu nie pobrano żadnej prowizji, a na
stołecznym filipińskim lotnisku nikt od nas nie żądał okazania biletu
powrotnego….a więc o co było całe zamieszanie?

Szczęśliwie dolecieliśmy. Dwoje z nas zostało jeszcze w Hong Kongu,
gdyż kupowali oni bilety dużo wcześniej i na inną, późniejszą godzinę.
Postanowiliśmy czas oczekiwania spędzić w przylotniskowej knajpie,
jedząc coś i popijając dumę Filipin – piwo San Migiel, często uważane
za piwo hiszpańskie.

O stałym zagrożeniu zamachami przypominały nam jednostki policyjne i
wojskowe wokół dworca, oraz liczni panowie z karabinami maszynowymi na
szyi. Kiedy poszliśmy z kolegą na zwiady w poszukiwaniu knajpy, a
reszta została przy bagażach, wracając zostaliśmy obsypani pytaniami:
gdzie idziemy, czemu wracamy na lotnisko, co tu robimy i czego szukamy.

Znalazła się knajpa i pierwszy filipiński posiłek, który jedliśmy
potem, jako wegetarianie, bardzo często, z braku innych warzywnych
potraw. A był to ryż z gotowanymi warzywami w pysznym sosie, którego
skład do dziś jest dla mnie zagadką. Sympatyczna właścicielka pozwoliła
nam zostawić bagaże, abyśmy mogli przejść się po okolicy. Przede
wszystkim wszędzie śledziły nas ciekawskie spojrzenia. Kiedy wyszliśmy
na ulicę, sprawa stała się dużo bardziej skomplikowana: dopadły nas
miejscowe dzieci, które chciały cukierków, długopisów i monet. Kilka
cukierków miałam. Długopisów już nie, a monet dawać nie chciałam. Jeden
mały, na oko pięcioletni chłopczyk złapał mojego chłopaka za rękę i nie
chciał puścić. Im dalej szliśmy, tym mniej pewnie zaczynaliśmy się
czuć. Chłopaki zadecydowali, że jednak wracamy. Dla mnie i do Krzyśka,
mimo, że nasza azjatycka podróż trwała już trzeci miesiąc, było to
pierwsze zetknięcie się z masowym żebractwem, który miał swój ciąg
dalszy w całych Filipinach, a później w Kambodży.

Wieczorem przylecieli w końcu Mati i Gerald. Wkrótce przybyli po nas
bracia Geralda i po kilku godzinach byliśmy już w domu mamy naszego
kolegi. Kobiety ciepłej, uśmiechniętej i życzliwej. Jej dom zaś pełen
był dzieci starszych i młodszych. Kiedy dojechaliśmy około północy, na
powitanie przybyło pół wioski i cała rodzina. Tak bowiem Filipińczycy,
którzy są narodem rozśpiewanym i towarzyskim, witają przybywającego po
długiej nieobecności członka rodziny lub społeczności.



Kosmici na plaży



Następnego dnia po śniadaniu, składającego się z ryżu, gotowanych
warzyw i sosu sojowego (Filipińczycy jak to Azjaci, ryż jedzą do
każdego posiłku), wybraliśmy się na plażę. Pogoda była wyjątkowo
burzliwa i morze (Południowo-Chińskie) było szare i mocno spienione.
Mimo to było bardzo gorąco, wręcz duszno, więc ochoczo wskoczyliśmy do
wody. Zabawa była wspaniała – fale uderzały w nas co chwila z wielką
siłą, właściwie ciężko było stwierdzić, kto się na kogo rzuca, my na
nie czy one na nas. Po pewnym czasie ze zdziwieniem odkrywam, że uda
mam pocięte do krwi. Morskie fale zmieszane z piaskiem przy mocnym
uderzeniu pokaleczyły mi ciało.

Kiedy przyszliśmy na plażę, było pusto. Na każdej plaży filipińskiej
znajdują się zadaszenia ze stołem i ławkami. Zajęliśmy jeden z wielu
pustych zadaszeń, reszta zapełniła się bardzo szybko. Najpierw przyszły
dzieci, później również dorośli. Wszyscy przyglądali się nam ciekawie.
Gerald powiedział, że jesteśmy sporą atrakcją, gdyż ci ludzie nie
widzieli białego człowieka najprawdopodobniej od kilku lat. Wielką
sensację wywoływał dodatkowo mój strój. Mianowicie wyszłam na plażę w
spodenkach i górze od bikini. Podczas pobytu w kraju wiele razy
musiałam ignorować śmiechy i pokazywania palcem podczas kąpieli w
morzu, w miejscach rzadko odwiedzanych przez turystów. Mimo, że kraj
jest przede wszystkim katolicki, panują tu, w kwestii stroju zasady
bardziej zbliżone do muzułmańskich. Kobiety kąpią się tu w spodenkach i
koszulkach z rękawkami. Paradowanie w bikini jest społecznie nie
akceptowalne. Zwykle największy ubaw z mojego stroju miały dzieci,
które potrafiły wytykać mnie ze śmiechem palcami.

Po plaży postanowiliśmy odwiedzić Agoo. Niewielkie miasteczko, ze
starym kościołem, niewielkim placem i mnóstwem stoisk z ubraniami,
owocami i tysiącami klapek – japonek, nie wyróżniało się niczym
specjalnym. Wciąż padało, więc prędko wróciliśmy do domu.



Słów kilka o filipińskiej kuchni

Wieczorem odbyła się impreza powitalna. Skrzynki piwa San Miguel,
obiad, a dla mnie i Krzyśka całe tony przepysznych owoców, których od
pierwszego dnia stałam się fanem. Guayabano, mango, papaya, liczi,
chico, guava, guapple, setki rodzajów bananów, ananasy, arbuzy,
calamansi, melony, orzech banar – to były nasze filipińskie skarby.
Przynajmniej tyle, bo z jedzeniem wegetariańskim było fatalnie, często
w podróży całymi dniami konsumowaliśmy tylko owoce i …frytki z
miejscowego Fast Fooda Jolliebee. Filipińczycy są bardzo mięsnym
narodem, podobnie jak Chińczycy jedzą oni psy, a przysmakiem są na
przykład kurze embriony pieczone jeszcze przed wykluciem, w skorupce.
Zjada się je całe, z głową, dzióbkiem, nóżkami...Co prawda nie je się
tu insektów jak w Chinach, ale nam te kurczaczki juz wystarczyły.



Sto Wysp i Alaminos

Kolejny dzień szykował dla nas daleką podróż – 5 godzin samochodem do
miasta Alaminos, skąd wypłynąć mieliśmy na spotkani stu Wysp. Pogoda
niestety nam nie dopisała i po długiej podróży, gdy dotarliśmy na
miejsce, okazało się, że jest sztorm i nie można nigdzie popłynąć.
Wróciliśmy do Agoo, aby ponownie spróbować szczęścia po dwóch dniach.
Ponieważ przyjechaliśmy do kraju pod koniec pory deszczowej (przełom
listopada i grudnia), wiedzieliśmy, że może być również. Jednak
obfitość deszczu zaskoczyła tym razem nawet Geralda.

Tym razem, my wielkie śpiochy, przyjechaliśmy dosyć późno i trzeba było
czekać do rana. Wynajęliśmy dom niedaleko przystani, który według mnie
był zdecydowanie za drogi. Zauważyliśmy, że kiedy my biali pojawiamy
się, ceny skaczą do góry, nawet jeśli jest z nami trzech Filipińczyków.
Chłopakom nie zależało na targowaniu się, więc przyjęliśmy milcząco
podaną cenę. Wieczór spędziliśmy w barze karaoke, za którym wszyscy
Filipińczycy szaleją, do tego stopnia, że kilka wieczorów wcześniej,
kiedy poznawałam się z kuzynami Geralda, pierwsze pytanie jakie mi oni
zadali, było: umiesz śpiewać? Szybko jednak zauważono, że my Polacy
niekoniecznie lubimy drzeć się w mikrofon cały wieczór i dano nam
spokój.

Następnego dnia wczesnym rankiem udaliśmy się na przystań, gdzie
czekała już na nas zamówiona dzień wcześniej łódź. Koszt takiej
podroży, rozkładający się w naszym przypadku na 8 osób, to 1200 peso
(około 60 zł).

Wyspy w parku narodowym Sto Wysp zachwyciły nas od razu. Tego tutaj
szukaliśmy: pięknych raf koralowych, rajskiej plaży, złotego piasku i
szumu drzew palmowych. Dodatkowo, wyspy te wyglądają naprawdę
niesamowicie rozrzucone po morzu, wystające drapieżnie z wody. Co jakiś
czas popadał deszcz, ale nie przeszkadzało nam to ani trochę. Leniwie
pływaliśmy z wyspy na wyspę, na kilku zatrzymując się na dłużej.
Zabawnym punktem podróży były odwiedziny na wyspie filipińskiego Big
Brothera. Ach, cóż za szkoda, nikogo tam nie było!:)

Na jednej z wysp znalazłam piękną roślinę, której owoc miał twardą
skorupę, a w środku niej orzechy, które smakowały trochę jak kokos.
Dowiedziałam się, że to orzech banar. Był pyszny. Gdzie indziej
znalazłam piękne koralowce wyplute przez morze. Gdzie indziej – rudego
kocurka. Spacerując po jednej z większych wysp odkrywaliśmy jaskinie,
małe wodospady, spienione korytarze wody, dziwne rzeźby, a ze szczytu
wzgórza mogliśmy podziwiać otaczające nas małe wysepki.



Baguio

Po wrażeniach wyspiarskich postanowiliśmy odwiedzić Baguio, nazywane
letnią stolicą Filipin. Jest to miasto bardzo wazne dla Geralda, który
spędził tu kilka lat, ucząc się w szkole medycznej na lekarza. Gerald,
tak jak setki tysięcy innych Filipińczyków, pracuje teraz jako
pielęgniarz w Europie. Miasto położone na wysokości 1450 m n.p.m. na
wzgórzach północnego Luzonu, orzeźwia nagłym chłodem. W drodze otoczyła
nas rześka mgła, która jednak zniwelowała wcześniejsze wspaniałe widoki
na otaczające góry. W samym Baguio jednak widoczność znów była świetna,
a powietrze górskie i po upałach Agoo – przynoszące ulgę. Miasto jest
spokojne, ludzie, jak wszędzie żyją tu leniwie, a w samym centrum
poczuć się można jak w europejskim parku – na przypadkowych jeziorach
mieszkańcy i turyści pływają rowerami wodnymi i łódkami. Zaraz obok
znajduje się głośny bazar pełen filipińskich produkcji tkackich,
ubrania, wszędobylskie pareo, owoce i wspaniałe słodkie bułki
(zajadaliśmy się nimi w każdej części Filipin), które jeszcze ciepłe,
rozpływają się w ustach. Mniam.

Dzień w Baguio nie był stracony. Odwiedziliśmy jaskinie znajdujące się
niedaleko, podziwialiśmy krajobrazy roztaczające się z rożnych punktów
miasta, zajadaliśmy gorącą kukurydzę w maśle, a część miasta
zwiedziliśmy konno – to było coś. My, konne leszcze, zostaliśmy nagle
pozostawieni samopas, gdy Krzyśka Kon poniósł go i nasz przewodnik
musiał za nim popędzić. Mój koń najspokojniejszy nie był, a co
najgorsze, robił ze mną co tylko chciał. Emocjonująca przejażdżka.
Jedyne, co zdecydowanie mi się nie spodobało, to biedne kucyki, z
grzywami ufarbowanymi na różowo, z przyczepionymi go czoła wizerunkami
pokemonów. Wyglądały naprawdę smutno. Godzinna przejażdżka kosztowała
200 peso od osoby (czyli tak jakoś 10 zł).



Pożegnanie



Dzięki Geraldowi nasz pobyt na Luzonie był bardzo intensywny a
jednocześnie leniwi – nie musieliśmy się o nic martwić. Dodatkowo
pomieszkaliśmy w filipińskim domu, zaznaliśmy filipińskiej gościnności,
i wiecznej wrzawy panującej w każdej filipińskiej rodzinie. Przyjęto
nas ciepło i wyrozumiale, zapoznano z obyczajami, kuchnią i
mentalnością własną. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni, zwłaszcza, że
otrzymaliśmy dużo serdeczności, mając w zamian jedynie uśmiech.
Wspaniale było przyjechać do tego obcego kraju i zobaczyć, jak inaczej
od nas ludzie żyją i jak jednocześnie wiele nas tak naprawdę łączy, jak
w różnych sytuacjach reagujemy wszyscy podobnie. Podróżując sami, nigdy
byśmy tego wszystkiego nie poczuli i nie zobaczyli.

Dzień przed wyjazdem do Manili poszliśmy we dwoje na plażę w San
Julian. Chcieliśmy spędzić cały dzień idąc od plaży do plaży, gdyż
ciekawił nas świat znajdujący się tuż obok dobrze już znanej wioski.
Tego dnia pierwszy raz zetknęliśmy się z rzeczywistością, której na
pewno nie dowiemy się z folderu biura podróży. Poza San Julian plaże (a
widzieliśmy ich kilka), po których spacerowaliśmy, były okropnie
zaśmiecone, na tyle, że brzydziliśmy się wejść do wody. Po południu
podczas przypływu śmieci leżały stertami na pięknych plażach, ale za to
można było się wykąpać, bo nie było ich już tyle w wodzie. W leżących
przy tych plażach wioskach (za San Julian była San Migiel, a dalej
następne, ciągnące się wzdłuż wybrzeża), sterty plastiku były jeszcze
większe. Naszym krokom towarzyszyła coraz większa zgraja dzieci,
powiększająca się przy każdym domu. Wszystkie krzyczały za nami
:Amerykana! Give me dollars!. Poczuliśmy się bardzo niezręcznie.
Podeszła do nas banda małych chłopców, którzy zażądali pieniędzy. Za
chwilę pojawiła się dziewczynka, która śpiewając do nas amerykańską
kolędę wyciągnęła jednocześnie rękę. Zdębieliśmy, zamurowało nas,
zatkało. Co się dzieje? Czyżby klosz nieobecnego dziś z nami Geralda
opadł. Czyżby dopadła nas nagle filipińska rzeczywistość. Co nas czeka
jutro?

Oszołomieni wróciliśmy do domu Geralda. Jego mama uraczyła nas kolacją,
poszliśmy spać, by rano wziąć rzeczy i ruszyć autobusem do stolicy
kraju – Manili. Nie wiedzieliśmy nawet, że w tym czasie w Manili
wybuchła kolejna bomba.



archiwum

2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
grudzień
listopad
październik

kategorie

China(15)
Articles(10)
Hungary(10)
Phillipines(8)
Malaysia(7)
Mongolia(5)
Laos(5)
Russia(4)
Cambodia(4)
Hong Kong(2)
Poland(1)
Sweden(1)
Tujako-jodłaki or two cats in my house:)(0)
Paintings and drawings(0)

linki

Luizy wykwity malarskie
Crullu w drodze do Afganistanu
Światowy portal turystyczny
Hostelowy niezbednik
Dan i Audrey z Usa tez tuptajacy po swiecie
SlavekBrzoska tez tuptupta
Moje i nie tylko opowieści ze świata
dużo pięknych kotków do oddania u Jany
© 2003-2007 copyright ownlog.com