PHNOM PENH

21.01.2008 :: 08:00 Komentuj (0)

Przybyłam do Phnom Penh, stolicy Kambodży tuż po obchodach Nowego Roku
2008, które spędziłam w sąsiedniej Malezji. Ponieważ Kuala Lumpur, jak
również inne, mniej znane regiony Malezji rozleniwiają niespodziewanym
w Azji uporządkowaniem, przybycie na tereny byłych Indochin wprowadziło
mnie w znane już uczucie niepokoju i niespodzianki.

Pierwsze spotkanie z Kambodżą – tuż po wylądowaniu w stolicy, znalazłam
się niespodziewanie nad cichym jeziorem Boeng Kak, kilka kroków od
gwarnego centrum. Dostać się tu można taksówką, motocyklem, lub opuścić
lotnisko i na ulicy spróbować złowić tuk-tuka.

O tym każdy podróżnik marzy: aby po mĘczącej drodze odnaleźć się na
spokojnym zielonym tarasie, z którego roztacza się nostalgiczny widok
na liliowe o zmierzchu jezioro i otaczające go budynki, takie jak
monumentalny, lśniący złotem meczet. Wystarczy wsiąść na powożoną przez
jednego z małych chłopców łódkę, aby dostrzec zupełnie niespodziewaną,
niewidoczną z brzegu, wizję tego miejsca. Wśród soczystej wodnej
roślinności, w blaszanych i słomianych chatach, na wielkich palach
wbitych w taflę jeziora, mieszkają ludzie. To jest ich dom, który
niedługo ma zniknąć. Prywatni inwestorzy walczą z miastem o prawo do
wysuszenia jeziora pod budowę nowoczesnych gmaszysk.



Phnom Penh już od rana ukazuje swoje głośne pełne życia oblicze.
Przejście przez ulicę graniczy z cudem, pędzące po szerokich ulicach
miasta motocykle trąbią hałaśliwie, lecz ich ostatnią myślą jest, aby
zahamować na widok niesfornego przechodnia. Motocykle są tu panami
jezdni, one mają największe prawa.



W tym całym chaosie dostrzec można jednak uśmiech i spokój na
sąsiadujących jezdni chodnikach. Ulice, jeśli nie są, tak jak w
okolicach bazaru Psar O Russei w centrum, całkowicie zastawione przez
samochody, tętnią ulicznym handlem i stoiskami usługowymi. Tak więc
obok starszego mężczyzny o sennym obliczu, zaklejającym rowerowe dętki,
zobaczyć można młodzieńca z jego fryzjerskim kramem, uśmiechającego się
do swojego oblicza w salonowym lustrze. Tu życie naprawdę zobaczyć
można na ulicy: dzieci z zabawkami, na małych kolorowych rowerkach,
bawią się koło mamy, drzemiącej na płóciennym dywanie, tuż za rogiem
przemierzanej ciekawskimi krokami alei. Stara handlarka z pełnym
bagietek koszem na głowie spotykając klienta, stawia swój kram na
środku chodnika, by przez chwilę porozmawiać i sprzedać parę bułek.
Ludzie, aby się zdrzemnąć, rozwieszają na drzewach swoje hamaki, lub
siadają na krawężnikach, by odpocząć od niemożliwego upału. Tak musiało
być dawno temu w Europie, kiedy jej mieszkańcy mieli jeszcze czas. W
tym skromnym, biednym kraju czasu jest pod dostatkiem, ciepłych
uśmiechów do podarowania drugiemu człowiekowi – jeszcze więcej. Nawet w
Phnom Penh, jedynym wielkim mieście, czas płynie leniwie, nikomu się
nie śpieszy, a handlarze książkami, napojami, czy owocami, zawsze
znajdą chwilę, by ciekawie zapytać „Skąd jesteś?”.



Będąc w stolicy Kambodży nie sposób nie pamiętać o niewesołej, wciąż
tkwiącej w pamięci mieszkańców, historii. W latach 1975-1979 rewolucja
Pol Pota (Czerwonych Khmerów) była jedną z najbardziej brutalnych w
historii Ziemi, a w wyniku klęski głodowej, tortur, chorób i wojny
śmierć poniosło ponad milion osób. Pamięć o tych wydarzeniach prowadzi
w Phnom Penh do dwóch tak ważnych dla mieszkańców kraju miejsc: muzeum
Tuol Sleng oraz na Pola Śmierci w Choeung Ek. Tuol Sleng opowiada ze
smutkiem swoją historię. Małe i większe cele, będące niegdyś szkolnymi
klasami, stały się w czasach rewolucji salami tortur. Dziś muzeum wciąż
zbiera wszelkie dokumentacje i fotografie pozostałe po ofiarach tego
miejsca mordu.

Pola Śmierci, oddalone od Phnom Penh o kilkanaście kilometrów, to
kilkadziesiąt masowych grobów, wciąż odkopywanych. W centrum stoi
pomnik, a w nim zebrane dotąd czaszki, pogrupowane według wieku, oraz
ubrania zamordowanych. Opuszczając to miejsce, zabiera się poczucie
smutku, bezradność i przerażenie. Tragedia rewolucji wydarzyła się
niecałe 30 lat temu i zabrała czwartą część populacji ówczesnej
Kambodży.



Tym bardziej zaskakująca jest atmosfera tego pięknego miasta. Phnom
Penh coraz bardziej otwiera się na turystykę, stąd rosnąca ilość
hoteli, restauracji i sklepów, a także olbrzymia ilość miłośników,
którzy z taką ciekawością przemierzają to tętniące życiem miejsce o
ciekawej architekturze i wyjątkowych zabytkach. Każdy znajdzie tu coś
dla siebie. Srebrna Pagoda, Pałac Królewski, świątynia Wat Phnom,
rozległy kompleks przyklasztorny, zaspokoją potrzeby podróżników
żądnych historii i bogactwa architektury khmerskiej. Dla szukających
rozrywki czekają setki lokali, uroczych hoteli i restauracji położonych
tuż przy ujściu rzeki Tonle Sap do Mekongu, lub nad magicznym jeziorem
Boeng Kak. W tych właśnie okolicach każdego wieczoru budzi się barwne i
bardzo urozmaicone życie nocne, a leniwe w piekącym słońcu alejki
zamieniają się po zmroku w oddychające gwarem i zabawą miejsca, gdzie
napić się można zimnego piwa Angor, zjeść bagietkę nafaszerowaną
różnościami, porozmawiać, za kilka dolarów kupić książkę od małego
sprzedawcy lub odbyć podróż „tuktukiem” – kolorową karocą zaprzężoną w
motocykl.

Jakiegokolwiek wyboru by nie dokonać, nie będzie to czas stracony.
Nierealność tego niezwykłego świata sprawia, że czas, choć na chwilę,
staje w miejscu.






Podsumowanie:



Szczyt sezonu przypada w Kambodży na styczeń-marzec. Jeśli ktoś
poszukuje w Phnom Penh najtańszego noclegu, zdecydowanie polecam
okolice wspomnianego wyżej jeziora, gdzie za dwójkę zapłaci się już 4
dolary i to w sezonie. Aura pieknego jeziora jest dodatkowym atutem.
Radzę rozważnie wybrać guest house, jeśli szuka sie ciszy - w
niektórych od rana do...rana trwa impreza.

Nie spomniałam o trakcjach typu Pałac Królewski, Srebrna Pagoda, czy
uniwersytet buddyjski, bo o tym dowiedzieć sie można z każdego
najbardziej nawet okrojonego przewodnika

Phnom Penh, Kambodza, 2-4.01.08

21.01.2008 :: 09:00 Komentuj (0)

Phnom Penh jest miastem o kilku twarzach. Dla wielu odwiedzajacych to miasto moze sprawic wrazenie siedliska rozpusty - w najbardziej turystycznych dzielnicach kupic mozna kazdy narkotyk, znalezc prostytutke, imprezy i morze piwa. Zupelnie nieswiadomie znalezlismy sie w samym srodku takiego swiata..kierujac sie, w poszukiwaniu noclegu nad jezioro, ktore ma byc podobno wysuszone i stanac ma na nim jakis biznesowy moloch..na razie znajduja sie tam najtansze noclegi w miescie, a mala uliczka ciagnaca sie wzdluz brzegu pelna jest knajpek, barow, hoteli i pensjonatow i sprzedawcow narkotykow. No i oczywiscie wszedobylskich kierowcow "tuktuk"", prawdziwej karety ciagnietej przez motocykl, najprzyjemniejszego srodka komunikacji miejskiej w tej czesci swiata.
To jedno oblicze. Jest jeszcze drugie, posepne, o ktorym nie mozna zapomniec, zwlaszcza po odwiedzinach na Polach Smierci i w muzeum Tuol Sleng. Trudno po tym zapomniec straszna i naprawde niedawna najnowsza historie Kambodzy, ktorej centrum wydarzen stanowila stolica. Rewolucja Czerwonych Khmerow z Pol Potem na czele pozbawila zycia miliony, tysiace bylo bitych i torturowanych, tysiace umarlo z glodu...A dzialo sie to niecale 30 lat temu...Wycieczka na Pola Smierci pozwolila nam dowiedziec sie naprawde wiele o tym, co sie tam wydarzylo. Nasza przewodniczka, ktora stracila tu rodzine, pokazywala nam masowe groby, opisywala sposob torturowania i zabijania doroslych i male dzieci, ze lzami w oczach.



Te czaszki odkopano na polach śmierci i ułożono według wieku i płci w pomniku stojącym w centrum obiektu.








Pokochalismy Kambodze od pierwszego do ostatniego wrazenia. Kraj, mimo, ze bardzo biedny, jest przepiekny, dziki, ludzie maja w sobie tyle radosci, ze az trudno uwierzyc, ze jeszcze niedawno spotkala ich taka tragedia. Ludzie ktorzy nie potrafia na usmiech nie odpowiedziec wielkim szczerym usmiechem..


darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków



darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków


NA KOŃCU ŚWIATA -MONDULKIRI

21.01.2008 :: 09:30 Komentuj (0)

Prowincje Mondulkiri poznałam
podczas mojego trzytygodniowego pobytu w Kambodży. Niewielu turystów
decyduje się na odwiedziny w tym dzikim, mało poznanym, najsłabiej
zaludnionym regionie, gdzie spotkać można słonia, kąpać się w licznych
wodospadach i podróżować bez końca po czerwonych, pylistych drogach.
Może i dobrze, że miejsce nie jest popularne, dzięki temu było tam tak
niesamowicie. Nie trzeba było, w odróżnieniu do Siem Reap, czy Phnom
Penh, przedzierać przez tłumy turystów. Polecam odwiedziny w tym
spokojnym zakątku Kambodży. Dodatkowo, ponieważ Sen Monotron, stolica
Mondulkiri, położone jest na wysokości 800m.n.p.m., w ciągu dnia wieje
rześki wiatr, a wieczorem jest wręcz chłodno. Pozwala to odpoczynek od
azjatyckich upałów.



Opowieść warto zacząć od opisu samej drogi. Podróżując po Kambodży
transportem publicznym należy pamiętać, że bez względu na odległość
potrwa ona cały dzień i czeka nas wiele godzin postoju (no,
może z wyjątkiem sprawnej obsługi na trasach Phnom Penh- Siem Reap,
Phnom Penh- Sihanoukville). Tak też sytuacja wygląda w drodze do Sen
Monotron – stolicy Mondulkiri. I nie jest to jedyna niespodzianka. Do
tego dzikiego zakątka Kambodży jeździ jeden przewoźnik, który lubi
płatać figle. Po kilku godzinach dość sprawnej jazdy droga asfaltową,
autobus dojeżdża do Snuola, gdzie krzyżują się drogi do Mondulkiri oraz
na północ – do Kratie i dalej do Laosu. W tym mieście autobus staje i
czekaj aż ruszy! Po trzech godzinach czekania nawet podróżujący z nami
Kambodżanie zaczęli się denerwować. Kiedy ja i mój chłopak próbujemy się dowiedzieć czegoś od
kierowcy spotykamy się ze ścianą – bariera językowa. Nikt nie mówi po
angielsku. W końcu widzimy, jak kierowca upycha bagaże i pasażerów
autobusu na jednego pikapa. Niezbyt nam się podobał ten pomysł. Nawet
nie było tam już dla nas miejsca. Krzysiek stracił cierpliwość i…
postanowił porwać autobus. Niestety, został spacyfikowany. W efekcie
spędziliśmy kolejne 5 godzin na szczycie bagażowo-ludzkiej piramidy
jadąc po pylistej, czerwonej drodze. Nie mieliśmy wtedy jeszcze kramy (duża chusta w kratę, którą Kambodżanie uzywają jako chustę na głowę, ręcznik, ubranie, nosidełko na dziecko, etc. ),
którą można obwiązać twarz, wiec po dojechaniu do Sen Monotron, byliśmy
kompletnie pokryci czerwonym kurzem, a razem z nami ubrania i plecaki.



Nawiasem mówiąc, kiedy innym razem jechaliśmy do Kratie, nasz autobus również
stanął w Snuolu, bo podobno się zepsuł. Czekaliśmy na autobus zastępczy
4 godziny.



Już pierwszej nocy poczuliśmy się wynagrodzeni za tą podróż. Za 4
dolary za noc dostaliśmy drewniany domek z łazienką. Mogliśmy odpocząć
spłukać z siebie cały rudy kurz, ochłonąć po męczącym dniu, aby rano
wyruszyć na spacer do centrum sen Monoron.

Stolica Mondulkiri jest raczej większą wioską niż mniejszym miastem.
Ciągnie się ona wzdłuż głównej drogi, która z pylistej, zamienia się w
centrum w asfaltową. Na jej obrzeżach, od strony drogi do Snuola, oraz
w centrum, znajduje się kilka ośrodków wczasowych i pensjonatów,
wszystkie o podobnym standardzie (ceny wahają się od 4 do 8 dolarów za
pokój/domek/bungalow). Idąc dalej spotkać można kilka barów, gdzie
podają pyszną, mocną kawę mrożoną (zignorowaliśmy fakt, że lód może byc dla nas niebezpieczny). W samym sercu miasta znajduje
się kilka knajpek dla turystów, gdzie można dość drogo, jak na
Kambodżę, zjeść. My pałaszujemy z przyjemnością bagietki z warzywami.
Na końcu głównej drogi, w miejscu gdzie rozwidla się ona w dwóch kierunkach, stoi dumnie rzeźba przedstawiająca dzikie, rogate bawoły –
symbol regionu.



Mondulkiri oferuje sporo sposobów na spędzenie czasu. Można za 8
dolarów (plus litr benzyny – około dolara) wynająć motor lub skuter i
włóczyć się godzinami po drogach, dotrzeć do oddalonych o kilkanaście
lub kilkadziesiąt kilometrów od miasta wodospadów, wykapać się w nich.
Niestety, spacery po lasach nie wchodzą w grę – tabliczki widoczne z
drogi, ustawione w trawie, przypominają o licznych minach, na które
można się natknąć. Krajobrazy są wystarczająco pochłaniające – piękne
wzgórza, pyliste drogi, wokół których krzewy i drzewa pokryte są
czerwienią, wysuszone sawanny, malownicze wioski i uśmiechnięci
mieszkańcy, którzy dzięki temu, że nie widzą turystów tak często,
potrafią być bezinteresownie mili. Na uśmiechach Kambodżanie nigdy nie
oszczędzają.



Do niektórych wodospadów prowadzą drogi poprzez wzgórza i tropikalną
dżunglę. Tam dojechać motorem się nie da. Wtedy warto zdecydować się na
trekking po dżungli lub przejażdżkę na łagodnym azjatyckim słoniu –
ciekawe to było przeżycie. Nikt z towarzyszących mi osób nie był znudzony ta powolną podróżą tak
bardzo jak słoń, który przystawał co chwila, by przekąsić to i owo. Po
dotarciu do wodospadu taplał się kilka godzin w błocie, aby na koniec
być wyszorowanym w wodzie przez naszych przewodników. My w
tym czasie mogliśmy się zrelaksować, wykąpać, zjeść obiad, czy
pobuszować w buszu.



Resztę czasu, przez podróżą powrotną do stolicy, spędziliśmy oglądając
te wspaniałe pagórki i wzgórza, jeziora, spacerując po okolicy i
rozkoszując się pogodą.




Mondulkiri, Kambodza, 6-9.01.08

21.01.2008 :: 09:50 Komentuj (0)

Po dwoch dniachw Phnom Penh poczulismy, ze mamy dosyc trlumu turystow i wielkiego brzemienia historii. Pojechalismy wiec do Mondulkiri, najslabiej zaludnionego regionu Kambodzy, gdzie napotkac mozna slonia, dreptac przez dzungle, jezdzic motorem bo pylistych, czerwonych drogach, kapac sie w wodospadach. My, odwazniacy, wsiedlismy nawet na slonia...na ktorym caly dzien jechalismy przez dzungle, by poplywac w jednym z ukrytych tam wodospadow..
Mondulkiri jest wspaniale, jego mieszkancy, plemie Pnongow, przyjaznie nastawione do bialych twarzy, ale..bez niespodzianek sie nie obylo. W drzodze do Mondulkiri, w miejscu gdzie konczy sie asfalt a zaczyna wyboista pylista droga, kierowca autobusu stanal i ..postanowil, ze dalej nie jedzie. Poniewaz nikt nie umial powiedziec slowa w jakims zrozumialym dla nas jezyku, nie wiedzielismy, czy autobus sie zepsul, czy tez kierowcy sie juz nie chce...po trzech godzinach podjechal do nas pick up, do ktorego zaczeto upychac wszystkich pasazerow razem z bagazami. Nie wiedzac co sie dzieje, po kolejnej nieudanej probie komunikacji z kierowca wpierw autobusu, potem samochodu, Krzysiek niewiele myslac wsiadl do naszego opustoszalego juz autobusu, ja wsiadlam za nim...no i ruszylismy...Gdybysmy zamkneli drzwi moze nawet udalo by sie dojechac do Mondulkiri. NIestety, wkurzony Krzysiek zostal spacyfikowany przez zabranie kluczykow, ale i tak cala wioska sie zbiegla i byla niezla afera:)



Snuol - w drodze do Mondulkiri





Niewidomi grajkowie z domowej roboty instrumentami...



...i ich mały towarzysz






darmowy hosting obrazków

Słonie były wniebowzięte


Kambodżańska sawanna


Budda i jego poranna kawka





Siem Reap i swiatynie Angkoru,11-14.01.08

21.01.2008 :: 09:54 Komentuj (0)


Prawdopodobnie nikomu nie musimy zachwalac swiatyn Angkoru. Najwiekszy chyba zabytek kulturowy w tej czesci swiata, wpisany na liste UNESCO, jest kompleksem rzezb i budowli swiatynnych, rozrzuconych na olbrzymim obszarze, stanowiacym niegdys stolice wielkiego imperium wielkich Khmerow. Obszar ten jest na tyle duzy, ze spacerowac po nim nie da rady, w gre wiec wchodzi tuktuk albo rower.Jeden dzien to zdecydowanie za malo, wiec zostalismy tu na trzy dni, nocujac, jak kazdy w pobliskim misteczku Siem Reap-kolejnej kambodzanskiej siedzibie rozpusty.











Kambodżańskie Apsary












Wietnam, 15.01.08,Kratie(Kambodza)

21.01.2008 :: 10:04 Komentuj (2)

A oto kolejna historia do opowiedzenia...kilka dnie przed podroza do Wietnamu odkrylismy, ze w Ambasadzie Wietnamu w Warzsawie pomylono sie, i wystawiono nam wize na styczen 2007, zamiast 2008..przewidujac, oczywiscie klopoty, udalismy sie do ambasady Wietnamu w Phnom Penh, gdzie urzedniczka,,zapewnila nas, ze nie szkodzi, ze wszystko jest dobrze, ze mozemy jechac! Uwierzyl ktos? Bo my nie..ale skoro nie moglismy wymusic na ambasadzie zadnej innej pomocy, wyruszylismy do granicy piekna trasa po Mekongu...no i oczywiscie nie wpuszczono nas. Urzednik przepraszal, bylo mu przykro, ale nie moze nas wpuscic, musimy wrocic do Phnom Penh i dostac nowa wize. Super, zwlaszcza, ze lodz powrotna zdarzyla odplynac, trzeba bylo wsiasc z naszymi wielkimi plecakami na motory z kierowcami, i po wyboistych drogach, pelnych krow, cuagnikow, traktorow i innych pojazdow tluc sie dwie godziny do najblizszego miasteczka, skad odjezdzaja do stolicy autobusy. Zadnego nie znalezlismy, grupowa taksowka sie znalazla, fajniem tylko 3$ od osoby, tylko trzeba poczekac na kolejne dwie osoby. NIe ma sprawy. Kiedy te dwie osoby sie pojawily, kierowca nagle stwierdzil, ze oni, tak, zaplaca po 3$, ale my mozemy chyba zaplacic po 5...swietnie, oczywiscie odmowilismy, dzieki czem kierowca dojechal tylko pod stolice i nie chcial nigdzie dalej pojechac. I wiecie co, tego nam juz bylo za wiele. Oj, dostalo sie temu nieuczciwcowi, nbie wspominajac o pani w ambasadzie nastepnego dnia...
I tak oto bylismy w Wietnamie godzine, pijac kawe i patrzac na wielki Mekong...


A teraz jestesmy w Kratie, odpoczywamy, podgladamy z lodzi delfiny, poznajemy ludzi, a jutr do Laosu!:)





PO drodze do Kratie
























Si Pha Don,Laos,22-23.01.08

26.01.2008 :: 11:31 Komentuj (0)


Udalo sie, przybylismy do Laosu! Podroz jak zwykle zajela nam caly
dzien - tak juz jest z autobusami kambodzanskimi: niewazne czy trasa
obejmuje 100, czy 500 km, pokonanie jej zawsze trwa caly dzien. Tak
bylo i tym razem, potem jeszcze krotka podroz lodzia i oto jestesmy na
jednej z wysp Si Pha Donu. Jest to miejsce szczegolne - oto nagle
Mekong rozlewa sie na kilkadziesiat kilometrow wszerz, tworzac jezioro,
na ktorym porozezucane jest 4000 wysp.

Miejsce zauracza cisza, spokojem, jakiego od dawna nie mielismy.
Naprawde mozna tu wypoczac, jezdzac na rowerze po uroczych wioskach i
polach ryzowych, kapiac sie w Mekongu, podgladajac slodkowodne delfiny,
chociaz ciezej je tu zobaczyc niz w Kratie.




Rozlewisko Mekongu





Pola ryżowe na wyzpie Don Kong













Pakse i Plaskowyz Bolaven, Laos,25.01.08

26.01.2008 :: 12:04 Komentuj (0)

Powoli odkrywamy smaki Laosu. Po nieciekawej kuchni Kambodzy (no, moze
z wyjatkiem kokosowego curry), Laos cieszy nas bogactwem smakow.
Specjalnoscia tego kraju jest kleisty ryz, podawany na slodko, z
mleczkiem kokosowym i bananami, lub jako dodatek do np. warzyw
smarzonych, przynodzony do stolu w dlugim, slomianym naczyniu.


Kolejna atrakcja jest piwo Lao oraz wszedobylskie 'lao lao', czyli
ryzowa whisky, najlepsza z lodem i miodem. Niezle daje po glowie.

Wybieramy się na płaskowyż Bolaven, wielkie skupisko małych 
mniejszości etnicznych.Odwiedzamy piękne wodospady, plantacje kawy i herbaty, targ dzienny i
wioskę, w której produkuje się trumny. Tam wita nas antuzjastycznie
małoletnia część mieszkańców.






Plantacja kawy i zielonej herbaty













Z pieknych wysp na Mekongu pojechalismy do uroczego Pakse pelnego kolonialnej architektury. Stad wybralismy sie na caly dzien na plaskowyz Bolaven, gdzie podejrzec mozna zycie we wioskach, oraz odwiedzic plantacje kawy i herbaty, nie wspominajac o licznych wodospadach, ktore nawet teraz, w porze suchej robia wrazenie.
Z milym zaskoczeniem odkrywamy, ze Laos naprawde dba o ekologie - jest
to najczystszy kraj z tych, ktore odwiedzilismy. bardzo nietypowe dla
Azji.

Przewodnik Pascala z 2005r. informuje, ze Laos jest jednym z
najbiedniejszych i nasjslabiej rozwinietych krajow swiata...wiele sie
zmienilo przez te dwa lata. Zauwazamy spory wzrost gozpodarczy
kontrastujacy z biedna i zaniedbana Kambodza. Wielkie anteny
satelitarne widac przy kazdej najbidniejszej wiejskiej chacie.

































































Wientian, Laos,26-27.01.08

26.01.2008 :: 12:11 Komentuj (2)

Przybylismy dzis do stolicy Laosu i pierwszy raz spotkalismy sie z sytuacja, ze nie mozemy znalezc miejsca w zadnym (chyba ze bardzo drogim) hotelu. W efekcie miedzy 6 a 10 rano wloczylismy sie z trojka innych biedakow od pensjonatu do pensjonatu, czekajac az zwolni sie jakis pokoj. Wynika z tego, ze w Laosie jest naprawde duzo turystow, ktorych przyciaga chyba przede wszystkim leniwa atmosfera i bardzo lagodne usposobienie mieszkancow. No, a przede wszystkim piekna, wciaz jeszcze bardzo dzika przyroda.

Wientian to bardzo spokojne miasto, zadna metropolia, mozna tu wypoczac, choc ciekawych meiesc do zobaczenia jest niewiele.Najciekawsze rozrywki to sauna ziolowa, masaze i basen:) Jest tez kilka interesujacych buddyjskich swiatyn do odwiedzenia oraz Park Buddy, zalozony przez jakiegos rzezbiarza. Najciekawsza rzezcza jest tu budowla w ksztalcie dyni, drzwi do niej sa w ksztalcie ust potwora, w srodku zas, w wielkich ciemnosciach znajduja sie rzezby przedstawiajace wizje zaswiatow. Ciekawe.


Wieczorami zas warto zawedrowac na nocny bazar, gdzie zjesc mozna przepyszne potrawy, takie jak tajski makaron ryzowy z sosami, tofu, orzeszkami ziemnymi i mnostwem zieleniny, wszystko to za 1,5 dolara. Warto popic to piwem Lao:) Jesli ktos ma jeszcze ochote na deser, wystarczy poszukac milej pani z wozkiem, ktora w lisciach palmowych zawija takie skarby jak smazony banan z ryzem, czy tez ciacho kokosowe.









Luang Prabang,28-29.01.08

04.02.2008 :: 08:59 Komentuj (0)

Luang Prabang, ciche, stare miasteczko, ze wzgledu na wyjatkowa urokliwosc i zabytkowosc wpisane na liste UNESCO, nas niezle rozczarowalo. Po kilku latach najazdu turystow prawie wszystkie piekne kamieniczki zostaly odnowione i zamienione w hotele i restauracje. Troche dziwnie, tlumy turystow przesiaduja w ogrodkach restauracyjnych i wydaja pieniadze na pamiatki. Wlasciwie niewiele wiecej mozna tu dostrzec. Cieszymy sie jednak bardzo, ze wzgledu na miejscowych, ze miasto tak sie rozwinelo, dla Laosu lepiej, dla nas podroznikow - zdecydowanie gorzej.


Na najbardziej zachwycila sama podroz z Wientianu, przez niesamowite gory, czasem wygladajace jak wielkie kolce, ktorymi naszpikowane sa caale wzgorza.





Muang Ngoi Nua i Udoumxai,Laos,30.01-01.02.08

06.02.2008 :: 04:01 Komentuj (0)

Z przepelnionego turystami Luang Prabangu ucieklismy na polnoc. Po kilku godzinach autobusem, przesiedlismy sie w Mong  Kiew do lodzi plynacej do sennej, cichej wioski Muang Ngoi Nua. Podroz byla ciekawa - wlasciciele firmy przewozowej upchali 26 osob do lodzi, w jakiej w Malezji poplyneloby 10...Bylo nas na tyle duzo, ze po drodze trzeba bylo wysiasc, i isc brzegiem przez ponad pol godziny, bo lodz ugrzezla na mieliznie. Spacer brzegiem niewielkiej (zwlaszcza jesli porownac z Mekongiem) rzeki, otoczonej pieknymi wyokimi gorami, porosnietymi dziewicza dzungla, na dlugo pozostanie w naszej pamieci.


Wioska okazala sie byc spokojna, lecz przez ostatnbie kilka lat zdarzylo sie tu otworzyc naprawde sporo pensjonatow, bardzo zreszta klimatycznych - slomiane domki, lozka z moskitierami. Wieczorem poszlismy napic sie laolao, laotanskiego ryzowego bimbru, pedzonego w kazdej najmniejszej wiosce w kraju. No i drogo nas kosztowala ta przyjemnosc. Cala noc nieprzespana, ostry bol brzucha, wymioty i inne takie tam przyjemnosci. Caly nastepny dzien spedzilismy w lozku, nie mogac ruszyc noga czy reka, nie mogac nic zjesc. Szkoda nam bylo tych pieknych gor wokol...ale i tak lalo caly dzien, bez ustanku. Jak na pore sucha, troche dziwnie.



Nastepnego dnia rano wszyscy podroznicy przebywajacy w wiosce ewakuowali sie..a my z nimi.. i slusznie, bo wciaz leje. Noc spedzilismy w Udoumxai, a nastepnego dnia ruszlismy w droge spowrotem do Chin.



Jinghong,Yunnan,Chiny,02-04.02.08

06.02.2008 :: 04:08 Komentuj (0)


Dogonilismy slonce! Na poludnie Yunnanu, zamieszkalego przez cale mnostwo mniejszosci etnicznych, glownie przez, spokrewnione z Tajami plemie Dai, dotarlismy po calym dniu w autobusie, przez malownicze gory Chin poludniowych. Jinghong, niewielka stolica poludniowego Yunnanu, bardzo rozni sie od reszty Chin - nikt sie tu tak nie spieszy, ludzie sa usmiechnieci, nie zdzieraja z nas kasy przy kupowaniu najmniejszego drobiazgu. Pogoda jest wspaniala (mimo, ze w poludniowo-wschodnich Chnach, po raz pierwszy od ponad stu lat chyba, szaleje snieg  z mrozem).


Mieszkancy Jinghongu sa niesamowici - co wieczor wychodza na niewielki placyk w centrum by sobie spontanicznie pospiewac lub potanczyc, czesto przebrani w ludowe stroje Dai. Takich grupek rozpiewanych lub tanczacych mozna spotkac wieczorami w kilku miejscach. Fajnie:)


 


  











Kunming,Yunnan,Chiny,5-7.01.08

06.02.2008 :: 04:17 Komentuj (0)

Z Jinghongu pojechalismy do stolicy Yunannu - Kunmingu. Niby 600km, a roznica w klimacie drastyczna - niespodziewaznie zaczelismy marznac! NIc milego trzeba bedzie kupic kurtki:). Te, z ktorymi wyruszylismy, wyladowaly w smietniku w HongKOngu, kiedy przestalismy ich juz potrzebowac.


Kunming, jak na chinska stolice jest niewielki, lecz, dodac trzeba z zalem, przez rozne perturbacje historyczne, w nastepstwie ktorych byl prawie kompletnie zburzony, obecnie jest prawie zupelnie odbudowany (co znaczy: naszpikowany wiezowcami, wieczorem rozswietlonymi typowymi dla Chin kiczowatymi neonami). Mimo to panuje tu przjemny spokoj, milo powloczyc sie po uliczkach, zajadajac (!) swieze slodkie truskawki.

























Hong Kong, 7-11.02.08

07.02.2008 :: 15:57 Komentuj (0)

Nasza podróż zatoczyła koło. Powróciliśmy do Hong Kongu, z którego lecimy do Londynu, a stamtąd do Warszawy. W Hong Kongu trwają obchody Chińskiego Nowego Roku, na ulicach tłumy.

Ten znak zapytania w misce jest, w przypadku kuchni chińskiej, niezwykle wymowny.

O tak, dzieci lubią Muzeum Techniki


Wice-hrabia przepołowiony

Wspomnienia z wakacji...

14.09.2008 :: 18:02 Komentuj (0)


Dzieci lubią misie...



Wilanów- Warszawa

Kasia i Marcin w Wilanowie




Spływ Rospudą











Olsztyn







Cieszyn







Krosno


Norrkoping, Szwecja, wrzesień 2008

14.09.2008 :: 18:11 Komentuj (0)




Tygrysi raj na ziemi i ziemia obiecana


Industrial landscape, jak to Szwedzi mówią






Czardasz, Gulasz i Cyganie

11.11.2008 :: 00:14 Komentuj (0)


Ewa w drzwiach swojej sypialni.


Jesteśmy ważną, nierozerwalną częścią kultury węgierskiej, a jednocześnie stanowimy odrębną społeczność, posiadającą swoją muzykę i taniec - zapewnia Ewa.
W rzeczywistości grupa cygańska, do której przynależy, a która jest społecznością muzyków (wszyscy członkowie grupy płci męskiej są muzykami, a tradycja ta kontynuowana jest z każdym kolejnym pokoleniem), nie jest uznawana przez pozostałe cygańskie społeczności, a jej członkowie mówią jedynie po węgiersku. Zespół, w którym gra mąż Ewy,  grywa węgierskie piosenki i światowe muzyczne kanony, a sama Ewa zapewnia, że duszę ma węgierską. Nie przeszkadza jej to czuć dumy z przynależności do społeczności Romów.

Oficjalne dane podają, iż na Węgrzech żyje około 300 tys. Romów. statystyki te jednak nie biorą pod uwagę tych, w których krew cygańska płynie jedynie po części, którzy nie posługują się tradycyjną cygańską mową. Tych jest kolejne 100 tysięcy.

Szybkie spojrzenie na stolicę Madziarów

11.11.2008 :: 00:27 Komentuj (0)





















Molnar Ani Galeria - Budapeszt

11.11.2008 :: 18:32 Komentuj (0)

Warszawa ma Pragę, a Budapeszt - VIII dzielnicę, gdzie przepych starej, królewskiej architektury, kontrastuje ze slamsami, gdzie młodzi, świerzo upieczeni adepci szkół artystycznych otwierają galerie.
VIII dzielnica, tuż za Muzeum Narodowym

W kuźni też byłam


Robert Borsos w galerii Ani Molnar



Andras Ernszt komentowany przez pracowniczkę galerii


Drzewne abstrakcje to specjalność Szilard  Cseke


Eszter Csurka

MUPA - Pałac Sztuki

24.11.2008 :: 14:45 Komentuj (0)



MUPA powstała w Budapeszcie w 2005 roku. Posiada salę koncertową na
1600 osób o świetnej akustyce, salę teatralną,  Ludwig Muzeum ze
zbiorami sztuki nowoczesnej i przestrzenią dla wystaw czasowych.
Przestrzenie MUPY wypełnione są drewnem i światłem, a przestrzenie
charakteryzują sie nowoczesna formą. Warto tu wpaść, na koncercik
jazzowy, operę, tańce węgierskie, a przy okazji odwiedzić Ludwig
Muzeum, gdzie z wiszących na ścianach sław najsławniejszy będzie
Picasso. MUPA to obiekt wyjątkowy, o czym warto się przekonać.
































































Ruskie Matrioszki w Budapeszcie

24.11.2008 :: 15:07 Komentuj (0)





















Główna Hala Targowa

24.11.2008 :: 16:00 Komentuj (0)







PAPRIKA RZąDZI!!!




Pochmurny dzień w Budapeszcie.

25.11.2008 :: 21:47 Komentuj (0)


Dużo jest ostatnio o Budapeszcie. W swojej obronie mogę powiedzieć tylko tyle, że jestem tym miastem bardzo zafascynowana, w nim zakochana i już tak zostanie. Chciałabym to zamieszkać. Ze względów językowych będzie jednak trudno.
A dla tych, którzy sie wybieraja, mogę polecic szczególnie dzielnicę żydowską - według mnie najciekawsza część miasta, gdzie duzo się dzieje, jest pięknie i gdzie znaleźć można największa w Europie synagogę (jakby ktoś był ciekaw, to największa na świecie znajduje sie w Nowycm Jorku).

















Muzeum Secesji

25.11.2008 :: 21:58 Komentuj (0)










Muzeum Geologiczne... oczywiście w Budapeszcie

25.11.2008 :: 22:09 Komentuj (0)












Szimpla dobra wieczorową porą

25.11.2008 :: 22:37 Komentuj (0)












Nowy blog

01.12.2008 :: 12:07 Komentuj (0)

O teraz zapraszam tu:

http://luizaporeda.blogspot.com/

czyli nowy blog w ładniejszym ubraniu

archiwum

2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007

kategorie

China(15)
Articles(10)
Hungary(10)
Phillipines(8)
Malaysia(7)
Mongolia(5)
Laos(5)
Russia(4)
Cambodia(4)
Hong Kong(2)
Poland(1)
Sweden(1)
Tujako-jodłaki or two cats in my house:)(0)
Paintings and drawings(0)

linki

Luizy wykwity malarskie
Crullu w drodze do Afganistanu
Światowy portal turystyczny
Hostelowy niezbednik
Dan i Audrey z Usa tez tuptajacy po swiecie
SlavekBrzoska tez tuptupta
Moje i nie tylko opowieści ze świata
dużo pięknych kotków do oddania u Jany
© 2003-2007 copyright ownlog.com