BAJKAł Z PERSPEKTYWY STRONY BURIACKIEJ

Większość podróżników wybiera się nad
jezioro Bajkał koleją transsyberyjską, będącą jedną z najpiękniejszych
tras kolejowych na świecie. Większość osób wybiera tez Irkuck, a
stamtąd jedzie nad Bajkał do Listwianki, tam, gdzie rzeka Angara bierze
swój początek. Cóż, ja chyba nie lubię robić tego co wszyscy. Z całej
trasy kolei zrezygnowałam, a nad Bajkał wybrałam się do
tajemniczej wsi Gremjacińsk.



Aby dostać się nad to najgłębsze i najstarsze jezioro świata w miarę
szybko, wystarczy dostać się pociągiem do Moskwy, a potem polecieć do Irkucka samolotem. Tak też zrobiłam, rozpoczynając
w ten sposób kilkumiesięczną magiczną podróż przez Azję.
Aeroflot
to bardzo droga linia lotnicza, ja znalazłam tanie rosyjskie
linie – s7. Za 500 złotych od osoby można w 5 godzin pokonać kilka
tysięcy kilometrów rosyjskiego pustkowia. Lot ten miał pewną przewagę nad koleją –
zapoznanie się z ciekawym budynkiem terminala przylotów na irkuckim lotnisku. Otóż znalazłam się w
drewnianej budzie bardziej przypominającej oborę, niż hale odpraw.
Ledwo się tam mieścili pasażerowie lotu. Poczułam nagle, że oto
znajduję się w zupełnie innym świecie niż ten, z którego przybyłam.
Zainteresowanych uprzedzę jednak z żalem, że na lotnisku trwa budowa
nowoczesnego szklanego terminala – wkrótce tam będą się odprawy, a
drewnianą budę albo przerobią na toaletę, albo zburzą.


Irkuck miał być pierwszym etapem syberyjskiej przygody. Tu zamierzałam spędzić trochę czasu, oswoić się z tak nagłą dla mnie zimą i pojechać do
Listwianki. Poważnym błędem było to, że nie poszukaliśmy z Krzyśkiem
przed wyjazdem informacji na temat tanich noclegów w mieście. Wyszłam
z założenia, że skoro tyle studentów z Polski przyjeżdża tu na wakacje,
to nie będzie problemu. Zapomniałam jednak, że studenci przyjeżdżają
tu latem pod namioty (tak tak, moi znajomi rozbili namioty w parku w
Irkucku i nad samym Bajkałem). A tu - pada śnieg, temperatura spadła mocno
poniżej zera. Po kilku godzinach spędzonych na szukaniu w mieście
noclegu, po próbach dogadania się z miejscowymi, w końcu po 2 godzinach
spędzonych na Internecie (świetna kafejka na ulicy Lenina), udało 
się dowiedzieć o całkiem niedrogich pokojach…w jakimś szpitalu. Na
miejscu jednak okazało się, że miejsc nie ma i oddelegowana
zostałam do pobliskiego hotelu. Jedynego, jaki do tej pory
zobaczyłam na oczy…i gdzie za pokój dwuosobowy zapłaciliśmy z moim chłopakiem 200 zł. Wszystko
super – sypialnia plus salonik, łazienka…tylko po co?



Po jednej nocy ruszyliśmy na drugą stronę Bajkału do Ułan
Ude. Pociąg mieliśmy wieczorem, zostawiliśmy więc plecaki w dworcowej
przechowalni i postanowiliśmy spędzić cały dzień na spacerowaniu po
Irkucku. Miasto ma wiele uroków i jest niezwykłe przede wszystkim
dlatego, że wygląda jak skansen – połowa zabudowań to drewniane,
stuletnie chałupy, które mieszają się z socrealistycznymi blokami. Cóż,
w końcu to Rosja. Niemniej jednak kilka uliczek było dla nas
niezapomnianych, a samo centrum, ruchliwe, głośne, pełne życia,
zachwyciło nas starą murowaną zabudową i poplątanymi liniami
tramwajowymi, z których wnętrza świetnie, przy mrozie, ogląda się
miasto. Oboje kochamy tramwaje.



Noc spędziliśmy w pociągu. Nie było już też nerwówki, bo znaleźliśmy w
Internecie informację o pensjonacie Złoty Kłos z łóżkami za kilka
złotych. Kiedy jednak dojechaliśmy przed świtem na miejsce i taksówka
zabrała nas do Kłosa, przywitała nas tam tabliczka z napisem „nie ma
miejsc”. Pozostało nam zdać się na łaskę kierowcy, który za 
nieduże pieniądze woził nas godzinę po mieście szukając taniego
noclegu, przy okazji, łamana angielszczyzną wypytując, skąd jesteśmy.
Tak oto poznaliśmy pierwszego w życiu Buriata. W końcu trafiliśmy do
obskurnego „Odonu”, gdzie za 40 zł dostaliśmy obdrapany, śmierdzący
nieco pokój z umywalką. Łazienek na korytarzu nie ma. Przy okazji
poznaliśmy dwójkę Belgów, którzy już od 3 tygodni podróżowali po
miastach i wioskach wzdłuż trasy transsyberyjskiej. Mówili, że nie w
takich już miejscach spali w Rosji. Poczuliśmy się pocieszeni.

Ułan Ude, stolica Buriacji, ludu, których korzenie sięgają najazdów
Czyngis-Hana na te tereny, słynie przede wszystkim z największej na
świece głowy Lenina. Kto jednak liczy na wysublimowaną sztukę, raczej
się zawiedzie. Głowa ta, poza rozmiarem, nie różni się od innych
podobizn przywódcy i bohatera rosyjskiego. Miasto jest nowocześniejsze,
niż Irkuck, drogie hotele spotkać można wszędzie, podobnie jak
odnowione alejki, estetyczne parki i domy towarowe. Pamiętając, jak
drogim miastem był Irkuck, darujemy sobie wszelkie restauracje, żywimy
się rewelacyjnym ciemnym chlebem i białym serem. Czujemy się przez to
trochę jak w domu, choć twarze na ulicach przypominają nam, że to już
„prawdziwa” Azja.

Idziemy do kafejki internetowej, aby dowiedzieć się czegoś o schroniskach nad
Bajkałem. W Listwiance takie tanie noclegownie otwarte są od marca do
września. Po tej stronie Bajkału nie ma ich wcale. Przeklinamy i
obiecujemy sobie, że pobyt w Rosji będzie tym razem krótszy, ale
następnym razem wrócimy na dłużej, latem, pod namiot. Sytuacja nie jest
beznadziejna – w droższych hotelach znajdują się małe biura podróży. W znalezionym przez nas biurze właścicielka mówiła po angielsku i kiedy powiedzieliśmy jej, że
my chcemy nad Bajkał, ale mamy mało pieniędzy, wykazała się
zrozumieniem. Mimo, że biuro zwykle organizuje wyjazdy w pakiecie,
razem z drogim transportem, miła Buriatka powiedziała nam, którym
autobusem dojechać do wsi Gremjacińsk nad jeziorem, gdzie zamówiliśmy
dwie noce w najtańszym pensjonacie, który notabene, wcale nie był dla
nas tani. Mimo to zdecydowaliśmy się pojechać.

Najpierw jednak spędziliśmy jeden dzień na odwiedzinach w Iwołgińsku –
w tej wiosce niedaleko Ułan Ude znajduje się buriacki klasztor
buddyjski. Niewielki, spokojny w tygodniu, w niedzielę pełen był
modlących się wyznawców buddzyzmu, furkot kołowrotków słychać było
wszędzie, za ogrodzeniem zaś powiewały na drzewach tysiące kolorowych
chorągiewek. Klasztor wciąż rozbudowuje się, na pewno więc będzie się z
roku na rok powiększać i pięknieć. W głównej świątyni kupić można muzykę
medytacyjną nagraną w tym klasztorze, popatrzeć na kilkadziesiąt małych
podobizn Buddy i jedną wielką rzeźbę, przed którą składane sa ofiary, w postaci monet, papierowych pieniędzy, cukierków.



Na drugi dzień spakowaliśmy się i ruszyliśmy nad upragniony od dawna
Bajkał. Wioska Gremjacińsk okazała się być spokojną, zamieszkałą przez rosyjskich
przesiedleńców i złożoną z kilkunastu chat ostoją dla tych, którzy
poszukują spokoju. Nasz pensjonat, położony na samym końcu wsi pozwalał
jeszcze dosadniej ten spokój odczuć. Ponieważ był to koniec sezonu, byliśmy jedynymi
gośćmi pensjonatu i Gremjacińska. Od razu pognałam nad jezioro,
spragniona jego niezwykłości, tajemnicy głębi, szumu jego fal. Poczułam
się jak nad morzem – fale uderzały z dużą siła o piasek na plaży, w
oddali góry, wzdłuż brzegu las, stare łodzie i opuszczone stodoły przy
brzegu i bezkresny horyzont. A do tego mocne słońce i czyste niebo.
Późną jesienią, jaką jest początek października, roślinność jest tu już
prawie zupełnie zrudziała, co przy zachodzących słońcu wygląda, jakby
wszystko wokół płonęło.

Kolejny dzień poświęciłam na całodzienną wędrówkę wzdłuż brzegu jeziora.
W Gremjacińsku pożegnały mnie dzieciaki, strzelając  z patyków,
oraz….rosyjska wycieczka objazdowa. Wspięłam się na jakieś strome
wzgórze, aby spojrzeć na Bajkał z szerszej perspektywy. Kiedy dotarłam
na szczyt odkryłam, że tuz za nim.. buduje się autostrada. Widok na
Bajkał był z tej perspektywy wspaniały, jeszcze bardziej czuło się nieskończoność
jeziora. Pogoda zaś dopisała, więc ze spokojnego spaceru, wypełnionego
wieloma kilometrami, oglądaniem syberyjskich roślin i puszczaniem
kaczek, wracam wieczorem…prosto do ruskiej bani – czyli sauny, gdzie czekają brzozowe witki, którymi biczujemy się oboje po
plecach. Ruska sauna to dla nas trochę za wiele – tu temperatura
utrzymuje się na poziomie 90 stopni Celsjusza.


Po dwóch dniach tu spędzonych pakujemy się i wracamy do Ulan Ude by
złapać pociąg do Ułan Bator- stolicy Mongolii. Mróz jest coraz
silniejszy…