Mondulkiri, Kambodza, 6-9.01.08

Po dwoch dniachw Phnom Penh poczulismy, ze mamy dosyc trlumu turystow i wielkiego brzemienia historii. Pojechalismy wiec do Mondulkiri, najslabiej zaludnionego regionu Kambodzy, gdzie napotkac mozna slonia, dreptac przez dzungle, jezdzic motorem bo pylistych, czerwonych drogach, kapac sie w wodospadach. My, odwazniacy, wsiedlismy nawet na slonia...na ktorym caly dzien jechalismy przez dzungle, by poplywac w jednym z ukrytych tam wodospadow..
Mondulkiri jest wspaniale, jego mieszkancy, plemie Pnongow, przyjaznie nastawione do bialych twarzy, ale..bez niespodzianek sie nie obylo. W drzodze do Mondulkiri, w miejscu gdzie konczy sie asfalt a zaczyna wyboista pylista droga, kierowca autobusu stanal i ..postanowil, ze dalej nie jedzie. Poniewaz nikt nie umial powiedziec slowa w jakims zrozumialym dla nas jezyku, nie wiedzielismy, czy autobus sie zepsul, czy tez kierowcy sie juz nie chce...po trzech godzinach podjechal do nas pick up, do ktorego zaczeto upychac wszystkich pasazerow razem z bagazami. Nie wiedzac co sie dzieje, po kolejnej nieudanej probie komunikacji z kierowca wpierw autobusu, potem samochodu, Krzysiek niewiele myslac wsiadl do naszego opustoszalego juz autobusu, ja wsiadlam za nim...no i ruszylismy...Gdybysmy zamkneli drzwi moze nawet udalo by sie dojechac do Mondulkiri. NIestety, wkurzony Krzysiek zostal spacyfikowany przez zabranie kluczykow, ale i tak cala wioska sie zbiegla i byla niezla afera:)



Snuol - w drodze do Mondulkiri





Niewidomi grajkowie z domowej roboty instrumentami...



...i ich mały towarzysz






darmowy hosting obrazków

Słonie były wniebowzięte


Kambodżańska sawanna


Budda i jego poranna kawka