Muang Ngoi Nua i Udoumxai,Laos,30.01-01.02.08

Z przepelnionego turystami Luang Prabangu ucieklismy na polnoc. Po kilku godzinach autobusem, przesiedlismy sie w Mong  Kiew do lodzi plynacej do sennej, cichej wioski Muang Ngoi Nua. Podroz byla ciekawa - wlasciciele firmy przewozowej upchali 26 osob do lodzi, w jakiej w Malezji poplyneloby 10...Bylo nas na tyle duzo, ze po drodze trzeba bylo wysiasc, i isc brzegiem przez ponad pol godziny, bo lodz ugrzezla na mieliznie. Spacer brzegiem niewielkiej (zwlaszcza jesli porownac z Mekongiem) rzeki, otoczonej pieknymi wyokimi gorami, porosnietymi dziewicza dzungla, na dlugo pozostanie w naszej pamieci.


Wioska okazala sie byc spokojna, lecz przez ostatnbie kilka lat zdarzylo sie tu otworzyc naprawde sporo pensjonatow, bardzo zreszta klimatycznych - slomiane domki, lozka z moskitierami. Wieczorem poszlismy napic sie laolao, laotanskiego ryzowego bimbru, pedzonego w kazdej najmniejszej wiosce w kraju. No i drogo nas kosztowala ta przyjemnosc. Cala noc nieprzespana, ostry bol brzucha, wymioty i inne takie tam przyjemnosci. Caly nastepny dzien spedzilismy w lozku, nie mogac ruszyc noga czy reka, nie mogac nic zjesc. Szkoda nam bylo tych pieknych gor wokol...ale i tak lalo caly dzien, bez ustanku. Jak na pore sucha, troche dziwnie.



Nastepnego dnia rano wszyscy podroznicy przebywajacy w wiosce ewakuowali sie..a my z nimi.. i slusznie, bo wciaz leje. Noc spedzilismy w Udoumxai, a nastepnego dnia ruszlismy w droge spowrotem do Chin.