OPOWIEśCI FILIPIńSKIE-W PUłAPCE NIEDOPOWIEDZEń








Czasem warto dziesięć razy zastanowić się, zanim wyruszy się
w którąś stronę. Czasem warto zapytać kilku osób, żeby mieć pewność, że wie
się, co należy zrobić i gdzie pojechać. Zwłaszcza na Filipinach, gdzie podróż w
nawet niezbyt oddalony region trwa bardzo długo, głównie z powodu korków oraz
powolnych wielkich promów, na których podróż czasem zamienia się w męczarnię.



 



Droga do Puerto
Galery



Po powrocie znad jeziora Taal od razu wskoczyliśmy w Manili
w autobus do Batangasu, miasteczka, które nie kryje w sobie zbyt wielu
atrakcji, ale jest przede wszystkim węzłem komunikacyjnym pomiędzy olbrzymią
wyspą Luzon, a dużo mniejszą wyspą Mindoro. Ta zaś słynie z pięknych, bajkowych
plaż, osłoniętych od wiatru drzewami palmowymi i majestatycznymi górami.
Leżenie na plaży co prawda nie brzmiało jak najfantastyczniejsza rzecz na
świecie, ale nasz papierowy przewodnik wysnuwał w 2005 roku przypuszczenia, iż
poprzez Mindoro można przedostać się na Parawan, a stamtąd miały już być
uruchomione nowe połączenia wodne z Malezją. Taki był bowiem kolejny etap
naszej podróży.



 



Podróż do Batangasu zajęła nam kilka godzin. Autobus
zatrzymał się na tyle daleko od portu, skąd mieliśmy złapać prom na wyspę Mindoro,
że musieliśmy skorzystać z trzykołowej taksówki. Było już po 18 i
ryzykowaliśmy, że nie zdążymy na ostatni prom. Kiedy dotarliśmy do przystani,
nagle pojawiło się dwóch rosłych panów, chwyciło nasze bagaże i zaczęło
krzyczeć: szybciej, szybciej! Spanikowani zaczęliśmy biec za naszymi
uciekającymi bagażami, nie wiedząc o co chodzi. Okazało się, że panowie ci
zarabiali dodatkowe grosze na porywaniu bagaży turystów i przenoszenie ich do
poczekalni portowej. Pokazali nam, zdezorientowanym, gdzie kupić bilety i
pogonili w stronę tejże poczekalni…Byliśmy lekko źli, manipulowani tak łatwo
przez ludzi, którzy za żadne skarby nie chcieli oddać nam plecaków przez
dotarciem do celu. Kiedy już znaleźliśmy się w poczekalni, krzyknęli swoją
stawkę. Powiedzieliśmy im, że nie prosiliśmy o pomoc i aż tyle im nie damy. Nie
ukrywam, byli źli, ale dostali swoje i myślę, że może następnym razem zapytają,
zanim zdecydują się porwać czyjś bagaż…A może nakładam w tym momencie myślenie
swoje na rzeczywistość egzystencji Filipińczyka?



W każdym razie mieliśmy sporo szczęścia, bo udało się nam
dotrzeć do portu przed odpłynięciem ostatniego dziś promu na wyspę Mindoro, do
miasteczka Puerto Galera.



Dotarliśmy tam w dwie godziny później, a ponieważ nie
mieliśmy namiarów na tani nocleg, zdaliśmy się na pomoc kierowcy trzykołowej
taksówki. Ten zaś okazał się pomocny, ponieważ po 5 minutach jazdy byliśmy już
w niedrogim hostelu, z miłą restauracją na dole, wiatrakami w pokojach, w
których było nawet czysto, a właścicielem okazał się podstarzały Niemiec,
który, jak potem nam wyznał, mieszka tu już od 25 lat i nigdzie nie zamierza
się wynosić. W hotelowej restauracji menu było, jak na Filipiny, specyficzne –
kiełbaski z cebulka po bawarsku, gulasz, oraz świetne omlety, na przykład z grzybami.
Wszystko za cenę europejską, ale czasem i na to trzeba sobie pozwolić.
Zwłaszcza, że nasze wegetariańskie brzuchy na filipinach były często puste i
niezadowolone.



Po kolacji postanowiliśmy rzucić okiem na nocną wersję
miasta i poszukać Internetu. Okazało się, że mieszkamy w mało przyjemnej
okolicy – po wyjściu z kafejki internetowej jakiś młokos potrącił z rozmysłem i
agresją Krzyśka, chcąc go sprowokować do bójki. Nie udało mu się, a
właścicielka kafejki, stojąca przed wejściem, z niewiadomych dla nas przyczyn
przeprosiła za ten incydent. Poczuliśmy się nieswojo na słabo oświetlonych
uliczkach pełnych podpitych jegomości. Wróciliśmy do zabarykadowanego późnymi
wieczorami hostelu.



 



Drugi dzień okazał się dla naszej podróży sądny. Właściciel
naszego hostelu, słysząc, że szykujemy się w podróż autobusem na południe wyspy
Mindoro, skąd złapać mieliśmy statek na wschód, ku Palawanowi, uświadomił nam,
że na południu wyspy szaleją obecnie powodzie i nie jeżdżą tam żadne autobusy.
Powiedział też, że w tej sytuacji, a może potrwać ona jeszcze kilka tygodni,
musimy wrócić do Manili.  Potwierdził
również, że faktycznie, z Palawanu faktycznie kursują statki do Malezji.
Pamiętam jeszcze wypowiedziane przez niego zdanie: „Zaufajcie mi, mieszkam tu
już 25 lat i wiem o Filipinach wszystko. Do Malezji z pewnością i bez problemu
dostaniecie się z Palawanu”. Uwierzylibyście? Ja uwierzyłam, zwłaszcza, że
Parawan jest najbliżej położoną Malezji wyspą filipińską.



 



Plażowanie na Mindoro



Nie pozostało nam nic innego jak spędzić cały dzień
wałęsając się po plażach wyspy Mindoro, jednych z najprzyjemniejszych w kraju,
gdzie można sobie ponurkować, a na drugi dzień ruszyć w drogę powrotną do
Manili.



Wsiedliśmy więc do trzykołowej taksówki, zaopatrzeni w
kostiumy kąpielowe, których tu nie trzeba było się obawiać nosić, w dopiero co
zakupione pareo na wypadek ciekawskich spojrzeń w stronę mojego bikini,
ręczniki i chustki na głowę. I tak, po półgodzinnej jeździe znaleźliśmy się na
White Beach, z której bez problemu już wędrować można było ku kolejnym –
Aninuan i Talipanan. White Beach okazała się głośna, tłoczna, pełna knajpek i
ośrodków dla nurków. Zjedliśmy tam obiad i spacerkiem ruszyliśmy ku Aninuan
Beach, gdzie, ku naszemu zdziwieniu, nie było prawie nikogo, zaledwie kilku
błąkających się, znudzonych chłopców. Tu mogliśmy prze kilka godzin leżeć,
kąpać się i spacerować w zupełnym spokoju. Mimo naszej niechęci do leżenia na
plaży, był to dzień , dzięki któremu porządnie wypoczęliśmy i zebraliśmy siły
do dalszej podróży, która wkrótce okazała się bardzo skomplikowana.



 



Trudna podróż na
wyspę Palawan



Na drugi dzień wsiedliśmy na prom, potem do autobusu, aby
być przed południem (co nawet się nam udało!) w Manili. Tam – szybkie kroki do
agencji turystycznej, gdzie kupiliśmy bilety na statek do Puerto Princessa na
wyspie Palawan. Okazało się, że bilety kupowane przez biuro są dwa razy tańsze,
niż gdybyśmy kupili je przez Internet. Biura widocznie mają dostęp do
korzystnych ofert rabatowych. Warto więc, przy zakupie biletów na statek lub
samolot, skorzystać z ich usług.



Mieliśmy jeszcze kilka godzin na obiad i pożegnanie z Manilą
(jak się wkrótce okaże, nie na długo). Wsiedliśmy na prom, gdzie w klasie
ekonomicznej zakupione mieliśmy miejsca leżące. Najtańsza wersja klasy
ekonomicznej to w efekcie trzy piętra pokładu z zadaszeniem, ale bez ścian, na
których rzędami ustawione są dziesiątki piętrowych łóżek. Pokład statku
śmierdzi niemiłosiernie jakimś środkiem odkarzającym. W restauracji pokładowej,
mogliśmy zjeść kukurydze gotowaną, ryż lub gotowane jajko – to na tyle, jeśli
chodzi o dania wegetariańskie. Trzydziestogodzinną podróż umilać miała maszyna
do karaoke stojąca w restauracji. Na statku znajdowały się również prysznice z
zimną wodą, a na najniższym pokładzie – droższe kajuty.



Nasza podróż ciągnęła się straszliwie. Statkiem co jakiś
czas bujało na tyle, że choroba morska była gwarantowana, wtedy trzeba było się
położyć na łóżku – przechodziło. Inni pasażerowie bez żenady wymiotowali przez
barierki do morza. Umilaliśmy sobie czas czytaniem głupich gazet, książek,
spacerami i obserwacją morza. Wskazówki zegara poruszały się w żółwim tempie,
nigdy wcześniej nie zdawałam obie sprawy, że 30 godzin może trwać tak długo.
Była to dla mnie wyjątkowo nieprzyjemna podróż.



Kiedy dopłynęliśmy do Puerto Princessy następnego dnia
późnym wieczorem, musieliśmy czekać kolejne dwie godziny, aby wypuszczono
pasażerów ze statku. W porcie musieliśmy jeszcze podpisać się na liście
przyjezdnych cudzoziemców – to samo spotkało nas później w Zamboandze na wyspie
Mindanao.



 



Trudności noclegowe
Puerto Princessy i kolejne kłopoty



Przyznać muszę, że tu przewodnik Pascala zawiódł srodze –
żaden z wymienionych na stronach hotel czy hotel, nie istniał. Mieliśmy duży
kłopot i zajęło nam kilka godzin zanim znaleźliśmy coś sensownego. W jednym
hotelu za dość sporo, bo 600 peso był wolny pokój rodzinny, jedyny wolny. Kiedy
zdecydowaliśmy się, właścicielka nagle stwierdziła, że zapłacimy jednak 800
peso, i nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, czemu podniosła stawkę. Wkurzeni,
wyszliśmy, na tyle na pewno nie było nas stać. Kolejny hostel był bardzo tani –
150 peso za pokój – ale pokoje były brudne, wielkości wnęki na szafę, a imprezę
z parteru słychać było tak, jakbyśmy na niej byli - ściany bowiem były z dykty.
Był to chyba hotel na godziny.



W kilku kolejnych hotelach w ogól nie było miejsc. Było już
po północy, a my staliśmy na ulicy, wyczerpani dźwiganiem bagażu i męczącą
podróżą. Taksówkarz, zapytany o hotel, ze złośliwym uśmiechem odpowiedział –
100 peso. Najwyraźniej nie mieliśmy dziś szczęścia do ludzi. W końcu jednak
ktoś wskazał nam jakąś małą uliczkę. Wkroczyliśmy na nią niepewnie, nazywała
się chyba Manga Street, a na niej znaleźliśmy dość łatwo niewielki szyld.
Zapukaliśmy, otworzyła nam miła starsza pani, która potem okazała się świetnym
źródłem informacji, robiła świetne śniadania i była dla nas bardzo kochana, i
zapewniła nas, że ma kilka pokoi wolnych. I tak oto dostaliśmy czysty, niedrogi
(300 peso) pokój z wiatrakiem, w przytulnym drewnianym domku.



Starsza Pani nie była tu sama, miała swoją pomocnicę, a do
tego właśnie odwiedził ją jej syn, mieszkający w wielkie Brytanii i pracujący
tam jako lekarz. Nie  była to dla nas
wielką niespodzianką – mieszkając kilka miesięcy w Anglii poznaliśmy sporą
grupę Filipińczyków, wszyscy pracowali tam jako pielęgniarze lub lekarze.
Dzięki temu, że przyjechał, nikt w domu, mimo bardzo późnej godziny, nie spał.
Mieliśmy szczęście.



Ale tylko w kwestii noclegu – właścicielka naszego hostelu
poinformowała nas, że z wyspy Parawan nie ma legalnych połączeń z Malezją. Są
co prawda połączenia nielegalne, ale są to połączenia, których używają
nielegalni emigranci lub przemytnicy, całe mnóstwo tych połączeń przechwytywanych
jest przez policję, i generalnie wiedziała ona, kto organizuje te podróże, ale
uznaliśmy, że nie jest to rzecz interesująca dla nas. Dowiedzieliśmy się
również, że jedyne połączenie wodne, jakie Łączy Filipiny z Malezją, to
połączenie z Zamboangi na wyspie Mindanao. A żeby dostać się z Palawanu na
Mindanao, trzeba…….wrócić do Malezji. Była to dla nas ciężka chwila – od
dobrego tygodnia byliśmy cały czas w drodze, nie oglądając praktycznie nic, nie
odpoczywając, próbując dostać się tanim (czyli lądowym – połączenia lotnicze
między dwoma krajami były bardzo drogie) sposobem do Malezji. W efekcie, nasz
sposób okazał się drogi, do tego musieliśmy po raz czwarty już wracać do
Manili, której nie pokochaliśmy. Do tego nasza wiza traciła ważność za 3 dni,
więc nie mogliśmy sobie pozwolić na pozostanie na Palawanie dłużej niż 1 dzień,
którego połowę spędziliśmy na załatwianiu biletów lotniczych do Manili, a potem
do Zamboangi. Do tego dochodziły mroczne opowieści o wyspie Mindanao, siedzibie
islamskich separatystów, którzy chcą oddzielenia wyspy od katolickich Filipin, gdzie
porwania turystów były jeszcze kilka lat temu na porządku dziennym – dlatego
też próbowaliśmy dotąd uniknąć podróży tą drogą. Teraz jednak nie mieliśmy
wyjścia.



 



 



Tego dnia, 9go grudnia, były moje urodziny. Aby poprawić
sobie urodzinowy humor, postanowiliśmy, po zakupie biletów lotniczych, udać się
na plażę i na smaczne jedzenie. Nie mieliśmy już czasu na żadne atrakcje przyrodnicze
Palawanu, jedne z najatrakcyjniejszych na Filipinach, takich jak chociażby
podziemna rzeka, która wpisana jest na listę UNESCO.



 



Okazało się, że w Puerto Princessa, niedaleko naszego lokum
jest prawdziwe ukojenie dla wegetariańskich żołądków: Vegetarian House – jego
istnienie szczerze nas zaskoczyło, biorąc pod uwagę mięsożerność narodu
filipińskiego. Była to pierwsza i ostatnia knajpa wegetariańska w tym kraju,
jaką znaleźliśmy. Lokal okazał się skromny i niewielki, lecz menu bogate, pełne
potraw przede wszystkim kuchni chińskiej i induskiej, smacznych deserów i przepysznych
koktajli mleczno-owocowych. Podobne koktajle smakowaliśmy potem w Kambodży i
Laosie, jednak tam były one z jajkiem i bardzo przesłodzone. Filipińska wersja
okazała się pyszna, pełna owoców i mleka.



W knajpie dorwały nas dzieci, proszące o pieniądze. Ponieważ
postanowiliśmy nie dawać dzieciom pieniędzy, postanowiłam kupić im koktajl. Nie
zdążyłam – rozgniewana właścicielka lokalu przepędziła dzieci.



 



Po naprawdę obfitym posiłku wybraliśmy się na Białą Plażę,
jedyną prawdziwie białą, na jaką trafiliśmy w naszej podróży. Znajdowała się
ona kilka kilometrów od centrum miasta, mimo to zrezygnowaliśmy tym razem z
trzykołowca na rzecz długiego spaceru w palącym słońcu. Spacer okazał się przy
upalnej pogodzie bardzo męczący, lecz ciekawy, wiódł bowiem, kierowany
wskazówkami napotkanych osób, przez niewielkie wioski, palmowe lasy, a po
drodze zahaczyliśmy nawet o rybacką wieś, pełna drewnianych domów,
rozwrzeszczanych dzieci i ciekawskich spojrzeń. Ilość śmieci na wybrzeżu
wioski, tam gdzie zacumowane były łodzie, zaszokowała nas mocno. Zaczęliśmy
mieć obawy co do stanu Białej Plaży.



Ta jednak okazała się czysta i oślepiająca swoja bielą.
Zamiast piasku znajdowała się na niej delikatna glinka, po której z
przyjemnością chodziło się boso. Na plaży, z okazji niedzieli, znajdował się
spory tłum przede wszystkim dzieci, a dodatkowo napotkaliśmy dwie Amerykanki,
bez żenady opalające się w skąpym bikini, jednak w sporej odległości od całej
reszty. I ja pozwoliłam sobie na zdjęcie koszulki, kiedy wchodziłam do wody. Po
bokach plaży znajdowały się zawieszone po odpływie na drzewach łodzie, a w
niektórych miejscach wystawały z wody wielkie korzenie. Miejsce było wyjątkowo
urocze.



 



Wieczorem udaliśmy się do kafejki internetowej. Tam
spotkaliśmy 18-letniego podróżnika z Wrocławia, który uraczył nas opowieściami
przede wszystkim z Birmy, gdzie nie było wtedy zbyt bezpiecznie (był tam w
październiku 2007 roku). Teraz wybierał się na Boracay.



Udało nam się jeszcze dotrzeć na niedzielny festyn miejski z
choinką w tle. Prawie jak w domu.



 



Ostatni raz w Manili,
ostatni przystanek - Zamboanga



Kolejny dzień i kolejna podróż. Z malutkiego lotniska w
Puerto Princessa, gdzie w oczekiwaniu na samolot oferowany jest masaż
leczniczy, wsiedliśmy w samolot do Manili, a stamtąd – do Zamboangi. Na miejscu
znaleźliśmy się wieczorem. Wpisaliśmy się do policyjnej księgi przybywających
cudzoziemców (obowiązkowe) i znaleźliśmy na lotnisku informację turystyczną.
Tam poprosiliśmy o namiary na najtańszy hotel w mieście, który, notabene
kosztował sporo – 500 peso za pokój. Dotarliśmy tam szczęśliwie trzykołową
taksówką, której kierowca chciał ekstra dodatek, za to, że nam ten hotel
znalazł – mimo, że jego nazwę dostał od nas. Cóż, z turysty wycisnąć trzeba
ostatnie peso.



Pokój, jak to w Azji, nie miał okna, ale za to klimatyzację,
był ohydny, a do łazienki, nie mytej chyba od bardzo dawna, nikt nie wszedłby
bez skafandra. My jednak odważyliśmy się, i żyjemy. Zamiast prysznica – gumowa
rura.



Niestety, czasu było za mało, aby zapuścić się gdzieś w głąb
wyspy. Po zakupie biletów na statek do Malezji w porcie (tym razem w klasie
ekonomicznej z klimatyzacją, aby przynajmniej nie oszaleć z gorąca),
wyruszyliśmy na oglądanie miasta. Jedno z największych miasto na wyspie
Mindanao, drugiej co do wielkości po Luzonie, wydawało się spokojne, a
jednocześnie równie brudne i zaniedbane jak Manila. Przed każdym większym
sklepem stali ochroniarze z karabinem maszynowym w ręku i sprawdzali zawartość
plecaków, toreb etc. Klimat trochę paranoiczny, ale zdaje się, że na Mindanao
zamachy bombowe zdarzają się



częściej niż w Manili. "Tutejsi wyznawcy islamu ludy
Yakan - realizują swoje praktyki w bardzo ortodoksyjnej formie, której rodowód
sięga XIV wieku. Największe miasto na wyspie - Zamboanga jest pełna wojska.
Można się poczuć trochę jak w koszarach. Uzbrojone w długą broń patrole są
tutaj na porządku dziennym. Na pytania o przyczynę tak licznej obecności wojska
nie ma jasnej odpowiedzi. Chodzi niby o przysłowiowych „robbers” (ang.
rabusie), jednak czuć, że w powietrzu wisi coś innego. To zagrożenie działaniem
ekstremalnych bojówek komunistycznych MPA (New People’s Arms) i islamskich
oddziałów MILF (Moro Islamic Liberation Front).", donosi jedna z podróżniczek
z 2004 roku.



Wiele się jednak od tego czasu zmieniło, my czuliśmy się w
Zamboandze bezpiecznie, a nasz spokój zaburzały jedynie kilkuletnie dzieci
łapiące za nasze kieszenie w poszukiwaniu drobnych, wszędobylskie : „Hello,
where are you going” i duży ruch uliczny. Odwiedziliśmy miejscową plażę, do
której trzeba było pojechać jeepney’em oraz ogród botaniczny z egzotycznymi
ptakami i basenem, połaziliśmy po okolicy portu, gdzie znajduje się stary fort
hiszpański i poznaliśmy miejscowy dialekt, który bardziej jest podobny do
hiszpańskiego niż do wczesnej wszędzie słyszanego tagalog. W efekcie, zamiast
swojskiego 'O-o' (tak) wszyscy mówili „Si”.



Ostatnie dwa dni na Filipinach spędziliśmy zajadając się
mango, pijąc nasze ulubione mangowe soki i smakując wegetariański bufet w
buddyjskim barze. Mieliśmy tu dwie niespodzianki. Po pierwsze mieliśmy ochotę
na jajko. W barze oferowano zaś jajka pod niewinną nazwą „salted eggs”. Myśląc,
że są to solone jaja na twardo, które w tym kraju sprzedaje się na ulicy i w
autobusach dalekobieżnych, poprosiliśmy o nie. Dostaliśmy jajko, które po
odłupaniu skorupki przywitało nas straszliwym smrodem zepsutego, niebieskawego
jaja. Straciliśmy apetyt i wyszliśmy, a zapach na reku pozostał cały dzień. Z
tego wszystkiego zostawiłam w knajpie torbę z aparatem – lustrzanką. Do tego
zauważyłam jej brak po kilku godzinach przespanych w hotelu. Najbardziej
niesamowite było jednak to, że po powrocie do baru, otrzymałam aparat z
powrotem z pożegnalnym: „nie zostaw kiedyś głowy” od właścicielki lokalu.



 



Następnego ranka zaś wsiedliśmy na pokład statku płynącego
do Sandakanu na wyspie Borneo  w Malezji.
Odprawa dokumentów, załadowanie statku i pasażerów trwało, jak to zawsze bywa,
kilka godzin, a bagaż jest w porcie obwąchiwany przez policyjne psy, które
szukają broni i narkotyków. Podobno zdarza się, ze ktoś podrzuci niewinnie
wyglądającemu białemu turyście jakiś niebezpieczny ładunek, dlatego warto
dobrze pilnować swojego ekwipunku.



Stojąc w kolejce do odprawy paszportowej, już na statku,
przyglądaliśmy się razem z innymi pasażerami wyławiaczom monet. Są to często
całe rodziny, które na małych łodziach podpływają do statków pasażerskich,
prosząc o drobne. Pieniądze rzuca im się do wody, oni nurkują i je wyławiają,
co jak zauważyliśmy, spotyka się ze sporym uznaniem. Z tego powodu wszyscy
chętnie rzucają monety.



 



Po czternastu godzinach podróży z nieco chłodniejszych, niż
ostatnio, warunkach. Ujrzeliśmy skaliste wybrzeże Malezji. Cieszyliśmy się, że
nasza pechowa końcówka podroży po Filipinach, dobiegła końca.