Szanghaj, 15-19 listopada 2007

 
 
 
 
 
 
 
 
  
Po 23 godzinach spedzonych w pociagu dotarlismy do Szanghaju, 
ktory z miejsca nas zaskoczyl. Architektura tego miasta bowiem nie ma zbyt wiele wspolnego z chinska, 
przez co mozna ulec zludzeniu, ze jest sie na Chinatown w Londynie, a nie w chinskim miescie. 
Pozwala to na lekki oddech i zludzenie swojskosci. 
Miasto robi pozytywne wrazenie, na ulicach zaczepiani wciaz jestesmy przez mlodych, 
mowiacych po angielsku studentow, chcacych pogadac sobie chwilke z cudzoziemcami.
Wedlug zalecen Soryczki na kolacje wybieramy jedna z licznych, tanich japonskich restauracji i nie zalujemy, 
bo spektakl, jaki daje kucharz na naszych oczach, jest prawdziwa uczta dla oczu.
A jedzenie wspaniale.
Po kolacji wybieramy sie na wieczorny spacer po slynnym Bundzie nad rzeka, decydujemy sie tez na przejazd
jakze reklamowana w czasopismie Podroze kolejka, jadaca przez oswietlony roznosciami tunel pod rzeka, 
do biznesowej dzielnicy Pudong. 
Nasze rozczarowanie jest wielkie - kolejka ta to wielki kicz i tandeta. 
Niewarte tych 15 zlotych za bilet. A mialo byc tak pieknie:)
Nastepnego dnia zas odwiedzamy park Renmin oraz Stare Miasto, ktore jest, niestety, konsekwentnie wyburzane 
pod budowe kolejnych wiezowcow. 
Momentami tloczno tu i turystycznie, ale odnalezc sie mozna w malych uliczkach i na lokalnych targowiskach, 
wsrod niewielkich warsztatow i sklepow z porcelana.
 
 


 
 



 
 
 
  

tuptuptak 26.11.2007, 08:26

heh, co czlowiek, to inne odbieranie rzeczywistosci...uciekac to ja chcialam z Hong KOngu...:)

Soryczka 22.11.2007, 16:37

Jakże inne są nasze wrażenia z Szanghaju :) Ja po jednym dniu chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie :)) No ale jest to przygoda, szczególnie ta jazda na klaksonie non stop :)) pozdrówka - dawajcie znać gdzie Was wasze tropy niosą :)